niedziela, 25 września 2016

Zamki polskie

Czasem udajemy się gdzieś daleko zapominając, że mamy też ciekawe miejsca bardzo blisko siebie, a wręcz "po drodze". Miejsca obecnie może nie zawsze bardzo urokliwe, ale z różnych względów ciekawe, choćby historycznie.
Do takich miejsc należą polskie zamki, pałace i pałacyki, które często lata świetności mają za sobą i obecnie są w fatalnym, lub przynajmniej mało atrakcyjnym stanie, ale dlaczego nie poświęcić im choć kilku chwil? Ich historie mogą czasem okazać się bardzo interesujące, a wspierając je kilkoma złotymi za bilet wstępu, możemy przedłużyć i poprawić im życie, spędzając jednocześnie bardzo interesujący czas.

Jeszcze w zeszłym roku wybraliśmy się do Mosznej. Zamku, któremu akurat do stanu ruiny daleko i robi bardzo dobre wrażenie. Był moim celem właściwie już od dłuższego czasu.
Wieś Moszna znajduje się w pobliżu Opola. Jeszcze do 2013r na terenie pałacu znajdował się szpital - Centrum Terapii Nerwic. Dla odwiedzających udostępniony jest tylko w części, ale wciąż tętni życiem z licznymi wystawami sztuki, plenerami malarskimi i koncertami muzyki kameralnej. Otacza go ponad 200-hektarowy park z dębami, które mają nawet 300 lat. Park jest rzeczywiście świetnym miejscem na spędzenie wolnego czasu - dobrze utrzymany, z imponującymi krzewami oraz rododendronami.
Pałac pochodzi z XVIIw, a odwiedzał go chociażby cesarz Wilhelm II. Podczas II Wojny Światowej uniknął zniszczeń, ale stacjonujące w nim wojsko radzieckie oczywiście wywiozło z niego wszystko co cenniejsze, resztę dewastując. Mimo to, wg mnie, jest to jeden z ładniejszych zamków w Polsce, zwłaszcza w południowo-zachodniej. Jedna z perełek.

Kolejnym punktem, również jeszcze w zeszłym roku, było Opactwo w Lubiążu. Cysterski zespół klasztorny jest drugim największym tego typu kompleksem w Europie i na świecie, co jest akurat jego przekleństwem. Fasada na 223m (najdłuższa barokowa fasada w Europie), powierzchnia dachu 2,5hektara i ponad 600 okien. To wszystko sprawia, że obecnie obiekt jest niezwykle trudny w utrzymaniu i boryka się z poważnymi problemami finansowymi.W krypcie klasztornej znajdują się nagrobki Piastów Śląskich oraz 98 świetnie zachowanych mumii opatów i zakonników. Zakonnicy pojawili się tu już w XIIw. i byli najważniejszym ośrodkiem piśmienniczym i kronikarskim w tej części Polski w średniowieczu. Szczyt świetności przypada na XVIIIw w czasie władania tymi ziemiami przez Austriackich cesarzy. Gdy ziemie przejęli Prusacy, zlikwidowali oni zakon i zawłaszczyli jego dobra, umieszczając w budynku szpital. Przed wojną klasztor odwiedził Hitler, a w jej trakcie budowano w nim rakiety V1 i V2. Oczywiście armia radziecka zdewastowała klasztor po jego przejęciu, plądrując groby Piastów i kradnąc ich insygnia władzy. Porozrzucali mumie, przez co większość nie można obecnie zidentyfikować. Po wycofaniu wojsk umieszczono tam szpital psychiatryczny dla czerwonoarmistów.
Od czasu obalenia PRL trwają prace remontowe. Przez 11 lat wymieniano dachy. Odrestaurowana jest również imponująca sala książęca o powierzchni 400mkw i wysokości ponad 13m. Odbywają się w niej koncerty. Przez kilka lat organizowano na terenie klasztoru Slot Art Festiwal oraz festiwal muzyki elektronicznej Electrocity. Jednak festiwal kończył się zawsze licznymi zniszczeniami. W 1997 miejsce odwiedził Michael Jackson.
Ogrom wszystkiego robi wrażenie. Jednak nie takie, jakie by mógł i powinien. Budynki niszczeją równie szybko, jak są odnawiane i wszystko sprawia wrażenie walki z wiatrakami. Potrzeba będzie z pewnością jeszcze wielu lat i środków, by to miejsce kiedyś rzeczywiście było turystycznie atrakcyjne. Ale są plany na uatrakcyjnienie całej miejscowości. Trzymamy kciuki!

Dalej skierujmy się na Jurę i zamek, który jest nam często niemal po drodze - Olsztyn. To jeden z punktów na trasie szlaku Orlich Gniazd. Nie jest do końca jasne kiedy zamek powstał. Pierwsze wzmianki pochodzą z początku XIVw, choć wiadomo z akt sądowych, że zamek (lub strażnica) istniał już wcześniej. Kazimierz Wielki rozbudował go do jednego z najbardziej warownych na pograniczu Śląska i Małopolski. Ten sam król skazał w nim na śmierć głodową wojewodę poznańskiego za spisek.
W XVw przyzamkowa osada otrzymała nawet prawa miejskie. I w tym samym wieku była ważnym punktem chroniącym koronę przed napadami książąt śląskich, a w kolejnym przed Austriakami. Miasto nigdy się nie rozwinęło. Zamek od początku XVIIw popadał w ruinę, co pogłębił mocno potop szwedzki. W XVIIIw część zamku dolnego rozebrano, a Olsztyn stracił prawa miejskie.
Obecnie pozostały tylko ruiny, które jednak z perspektywy, na przestrzennym wzniesieniu, wyglądają ciekawie. W bezpośrednim sąsiedztwie zamku znajdują się wapienne skały, na których często spotkać można wspinaczy.

Pozostając na Jurze kierujemy się do Ogrodzieńca, a właściwie Podzamcza, bo to w tej wsi znajduje się zamek z XIVw. To chyba najlepiej zachowany z zamków na Szlaku Orlich Gniazd i jeden z lepiej zachowanych na całej Jurze. Wykorzystywano to wielokrotnie na potrzeby telewizyjne, np. serialu Janosik, ekranizacji Zemsty, czy teledysku Iron Maiden.
Pierwsze fortyfikacje na tym najwyższym wzgórzu Jury powstały znacznie wcześniej, jednak w XIIIw zostały zrównane z ziemią podczas najazdu Tatarów. Zamek w swej historii bardzo często zmieniał swych właścicieli. Dwukrotnie palili go Szwedzi na przestrzeni 50 lat, a po drugim pożarze na początku XVIIIw. właściwie już nie został odbudowany. Późniejszy właściciel zaniedbał go zupełnie, by ostatni mieszkańcy wynieśli się z niego w 1810r. Kolejny właściciel wręcz rozbierał zamek w celu pozyskania budulca oraz rozsprzedawał pozostałe, zabytkowe sprzęty Żydom.
Zamek jest aktualnie licznie odwiedzany przez turystów. Organizowane są na nim również turnieje i pokazy rycerskie inicjowane przez lokalne bractwo.

W pobliżu rodzinnych stron znajduje się wieś Morsko, mimo hotelu i terenów rekreacyjnych, znana mi jedynie z takiego powodu, że jest tam 400m stok narciarski - jedyne miejsce na Jurze, gdzie można pojeździć, nie decydując się na wielką wyprawę w góry. Jakież było moje zdziwienie, gdy zupełnie niedawno zorientowałem się, że właśnie tam, tuż obok, znajdują się jakieś ruiny zamku! :) Zdziwienie było jeszcze większe, gdy okazało się, że wypożyczalnia sprzętu, której klientem bywałem, mieści się właśnie w nim... :D
Zdjęcie z internetu
To tylko pokazuje jak łatwo jest zignorować i nie docenić tego, co mamy pod własnym bokiem. Zamek Bąkowiec co prawda w dobrym stanie już nie jest, jest malutki i raczej nie jest otwarty dla zwiedzających, ale może warto, bym nie tylko ja poczuł się nagle oświecony jego istnieniem ;)
Pochodzi z XIVw i nie jest do końca jasne kto go zbudował. Pewne jest natomiast, że pełnił rolę raczej strażnicy na pograniczu Śląska i zmieniał często swych właścicieli, podobnie jak Ogrodzieniec. Ze względu na budowę i położenie, był właściwie nie do zdobycia przy użyciu średniowiecznych metod oblężniczych. Tym bardziej szkoda, że nie odegrał żadnej roli historycznej. Już od XVIIw zamek pozostawał w ruinie i mimo konserwacji w latach '60 pozostaje niezauważalną częścią kompleksu wypoczynkowego wioski.

Za to już bliżej Wrocławia wyskoczyć można na krótkie zwiedzanie do Oleśnicy i znajdującego się tam zamku. Na planie warowni z XIIIw (wciąż pozostała jedna z wież) powstała później bardzo nowoczesna fortyfikacja, siedziba Książąt Oleśnickich (Piastów). Okres świetności jednak należy do czasów, gdy jego właścicielami byli potomkowie króla czeskiego. Po wygaśnięciu ich rodu, zamek zmieniał właścicieli i był nawet rezydencją letnią Hohenzollernów do samego zakończenia wojny. Później pełnił funkcje społeczne. Odrestaurowano go w latach '70.
Dziedziniec zamku i otaczające go krużganki są na prawdę ładne. Chyba trochę szkoda, że to miejsce nie jest bardziej turystycznie eksponowane. Tereny zielone dookoła wyglądają super i część miejskich ceremonii i wydarzeń się tam odbywa. Ale miejsce ma potencjał na więcej :)
 

sobota, 30 lipca 2016

Barcelona feels like home

Lato w tym roku ucieka wyjątkowo szybko, a okoliczności pracowe sprawiły, że czas na prawdziwe wakacje ograniczył się zaledwie do jednego tygodnia. Cóż, trzeba "odpokutować" 3 miesiące podróżowania zimą ;)
Tydzień zatem wydawał się skromnym wypadem i należało go dobrze wykorzystać. Kaś zamarzyła sobie Barcelonę, która przecież zwykła była być moim domem, i którą znam wciąż wystarczająco, by być przewodnikiem. Jednocześnie taki "powrót do domu" wydawał się być mało wysiłkowy, bez konieczności wielkiego planowania. Ot znaleźć bilety, dach nad głową i jedziemy!
To pierwsze udało się dość spontanicznie na zaledwie tydzień przed wyjazdem. (W rzeczywistości historia była dłuższa przez problemy z dokumentami. Ale to może historia na osobny post.) Drugie okazało się spontanem jeszcze większym, bo znaleźć w środku sezonu rozsądny hostel to zadanie wręcz niewykonalne. Poszukiwania na Couchu również się nie powiodły, zeszło więc na AirBnb, gdzie jeszcze na dzień przed wyjazdem nie mieliśmy niczego. Dopiero wyjeżdżając wczesnym popołudniem do Poznania, dosłownie wychodząc z domu udało się coś zarezerwować.

Dlaczego Poznań? Rankiem dnia następnego stamtąd mieliśmy wylot, a przy okazji, była fantastyczna okazja do spotkania przyjaciół poznanych w Boliwii (nad Titicaca, z którymi pojechaliśmy do La Paz), wypicia wspólnie piwa i poznania ich planów na zbliżającą się podróż do Chin. Dzięki uprzejmości Magdy mieliśmy też nocleg i podwózkę na samo lotnisko z samego rana - DZIĘKUJEMY! :D
Nasze lokum okazało się być całkiem schludnym mieszkaniem z widokiem z balkonu na Sagradę Familię, od której byliśmy oddaleni o zaledwie jedną ulicę :) I mimo, że ogłoszenie na stronie było napisane dobrym angielskim, gospodarz na miejscu, z pochodzenia Venezuelczyk, nie mówił w tym języku niemal zupełnie. A gdy usłyszał z naszej strony dobrą wolę porozumienia po hiszpańsku, to można było o jego staraniach zapomnieć już całkowicie ;] Przynajmniej dla nas było to bardziej rozwojowe...

Z doświadczenia wiem, że na wystarczająco dobre zapoznanie się z dużym miastem wystarcza nawet dłuższy weekend. Rzym, Madryt, Mediolan, Wiedeń - przekładów jest bez liku. Czy tak samo jest z Barceloną? Absolutnie nie! Miasto jest tak interesujące i z tak wieloma atrakcjami, że i dwa tygodnie nie wystarczają, by rzeczywiście zobaczyć wszystko co najważniejsze. Trzeba się było jednak na jakiś program zdecydować, by ten czas wykorzystać, a jednocześnie mieć też chwilę wytchnienia dla wakacyjnej regeneracji. Biorąc powyższe pod uwagę, polecam poniższy plan na tygodniowe wakacje w stolicy Katalonii:

Dzień 1
W dzień przylotu warto nie mieć bardzo ambitnych planów, dłuższy spacer by zaznajomić się z miastem wystarczy. Zaczynamy na Pl. Catalunya, głównym placu miasta, gdzie zawsze dzieją się najważniejsze rzeczy dla miasta. Tutaj kibice FC Barcelona cieszą się ze zdobycia każdego trofeum i tutaj odbywają się protesty. Z placu wchodzimy w ulicę La Rambla, najbardziej turystyczną ulicę miasta. Pełną mimów, kwiaciarni i sklepów z pamiątkami. Można przy niej znaleźć obciachowe muzea, ale również kolorowy targ i tłumy ludzi. Po zmroku lepiej by mężczyźni znajdowali się tam w towarzystwie (swoich) kobiet, w przeciwieństwie nie opędzą się od prostytutek ;) Tą ulicą dochodzimy do portu i dalej plaży w dzielnicy Barceloneta. Plaża nie jest najpiękniejsza na świecie i zawsze bardzo zatłoczona, ale czego się spodziewać po tak dużym i popularnym mieście. Za to przynajmniej jest możliwość odpocząć chwilę, a w ostateczności nawet wejść do wody :) Na przeciwległym końcu plaży znajduje się zagłębie klubów, które warto odwiedzić nocą, najpierw bardziej ekskluzywne w osobnych budynkach i dalej w dokach mniejsze, z dużym wyborem muzycznym. Często na wejściu do każdego z nich możemy liczyć na darmowe chupito (shota) ;D a obok znajdziemy dużo restauracji, większość arabskich.
W drodze powrotnej warto nieco zmienić trasę i wejść w jedną z uliczek dzielnicy Bario Gotico (starego miasta), gdzie dojdziemy w końcu do centralnego punktu z Katedrą. Warto rozejrzeć się bardziej wokół Katedry, znajdziemy w małych uliczkach ukryte ogrody, ciekawą, starą architekturę i muzyczne występy na wysokim poziomie. (To tam pierwszy raz w życiu słyszałem hang!) Stamtąd łatwo już trafić z powrotem do Placa Catalunya. Wbrew pozorom taki spacer to już na prawdę kawał miasta i duży dystans, który potrafi zmęczyć :) Bez kilku przystanków na obiad i coś do picia ciężko go przebyć, tym bardziej, że nie warto się spieszyć. Chłońcie atmosferę i różnorodność miasta!

Dzień 2
Ten dzień polecam urządzić nieco mniej wymagającym fizycznie, ale wciąż pełnym wrażeń. Najsłynniejszy projekt Gaudiego, będący wciąż w budowie od ponad 100 lat, mający być ukończony w 2026 na setną rocznicę śmierci Gaudiego, czyli Sagrada Familia jest celem nr 1 w Barcelonie dla większości zwiedzających. Widać to niestety w ilości chętnych do zakupu biletów. Właściwie nie ma już możliwości szybkiego zakupu biletu pod zabytkiem, by wejść do niego od ręki. Dlatego najlepszym pomysłem jest wcześniejszy zakup przez internet. Można wtedy wybrać godzinę poranną, by ten dzień ułożyć wg tego planu, lub całkiem popołudniową, by ten plan odwrócić. Pewne jest natomiast, że warto zobaczyć z bliska cały proejkt i to, jak się rozwija. Mimo rosnących cen biletów uważam, że warto również pokusić się o bilet wraz z wejściem na jedną z wież, z których po pierwsze rozpościera się widok na całe miasto z najwyższego kościoła na świecie, a po drugie można z niej również podziwiać fasady i wykończenia samej Sagrady. Wszystko jest niezwykle dopracowane i bardzo współczesne, mimo, że projekt powstał w XIXw. Warto też obejść całą bazylikę kilkuktornie dookoła odkrywając za każdym razem coś nowego. A i same uliczki dookoła, zwłaszcza placa de la Sagrada z restauracjami i prowadząca do zabytkowego kompleksu szpitali są przyjemne na spacer.
Pozostałą część dnia można spędzić na luźnych spacerach wokół Arc de Triomf, który jest dość niedaleko (można dojść lub przejechać metrem, choć z przesiadką łącząc dwie linie). Szeroki deptak po jednej stronie łuku triumfalnego gromadzi często występujących muzyków, a prowadzi on do dużego parku, który zdecydowanie warto odwiedzić. Gęsta roślinność, monumentalne fontanny, jeziorko, ławki i mnóstwo lokalnych ludzi spędzających czas siedząc na trawnikach. Organizują tam spotkania ze znajomymi, urodziny swoim dzieciom, spacerują z psami, chodzą na slacku i grają na czym popadnie ;) Świetne miejsce tętniące życiem. W samym parku jest też kilka muzeów, np. Geologii i Zoologii, ale ich akurat specjalnie nie polecam.
Końcówkę dnia (lub sam jego początek jeśli bilet do Sagrady mamy na koniec dnia) spędzić można na miejskiej plaży. Mimo tłumów zawsze znajdzie się miejsce na nasz ręcznik, czy łatwo wypożyczony parasol. Dookoła chodzi też tłum Azjatów lub Afrykanów oferujących pełen serwis od wody kokosowej, przez piwo, po mojito i masaże lub selfie stick'i ;)
Dzień uzależniony jest od biletu do Sagrady, więc można go właściwie zamienić z dowolnym innym w ciągu tygodnia, w zależności od tego na kiedy uda się pozyskać bilety.

Dzień 3
Na pierwszy punkt tego dnia proponuję słynny Parc Guell. Warto pamiętać, że za wejście się płaci i w szczycie sezonu może się okazać, że nie kupimy biletu od ręki, a na wejście trzeba będzie poczekać kilka godzin (wejścia są limitowane). By ustrzec się przed rozwaleniem sobie planu warto bilety kupić wcześniej lub przez internet. Są one na konkretne, pół-godzinne okienka, więc należy być punktualnym, by na nie zdążyć. Park zdecydowanie jest jedną z ważniejszych atrakcji, ale znajduje się poza centrum miasta, dlatego warto podjechać metrem, np. do stacji Lesseps. Kontynuując dzień z Gaudim, po wizycie w parku proponuję udać się metrem na stację Diagonal, skąd mamy już blisko do dwóch najsłynniejszych kamienic jego autorstwa: Casa Mila (La Pedrera) i Casa Batllo. Do nich wejść powinno się już udać od ręki, choć niestety ceny wejściówek powalają. Są jednak tak zjawiskowe, że trzeba je zobaczyć przynajmniej z zewnątrz, warto też wejść do środka chociaż jednej z nich. Moim osobistym faworytem, ze względu na cudowny dach, jest La Pedrera. Ale z pewnością obie są wyjątkowe. Między Parkiem Guell, a kamienicami jest spory kawałek, dlatego doradzałem metro. Jednakże między nimi znajduje się dzielnica Gracia. Nie jest szerzej znana turystom, ale ja uwielbiałem tę część miasta będąc jego mieszkańcem. Tam można zobaczyć prawdziwe życie lokalnych ludzi, wąskie uliczki, i niespieszne życie na licznych placach z pubami, kafejkami i restauracjami. Jeśli więc dysponujemy czasem, siłami w nogach i chęcią eksploracji, zamiast metra proponuję zanurzyć się w tej dzielnicy, zjeść tam lunch, wypić kawę i pobłądzić odrobinę ;)
Jeżeli na koniec tego dnia zostanie nam jeszcze trochę czasu i sił, polecam przenieść się na wieczór w okolice portu i odnaleźć bazylikę Santa Maria del Mar. Sam kościół jest dość majestatyczny, ale najciekawsze są uliczki dookoła. W nich również warto nieco pobłądzić, by odnaleźć ciekawe sklepiki, puby na wieczór, oraz muzea np. Picassa czy prekolumbijskie. Uliczki są na prawdę przyjemne i tętniące życiem nawet do późnych godzin. Jeśli nawet nie tego dnia, to polecam wybrać się tam jednego z kolejnych.

Dzień 4
Ten dzień można rozpocząć leniwym plażowaniem i dopiero po obiedzie wyruszyć na kolejną część eksploracji miasta. Tym razem kierunkiem będzie Montjuic, czyli szczyt z warownią obronną, górujący nad południową częścią miasta. Warto dostać się tam za pomocą Teleferico, czyli kolejki linowej, dzięki czemu będziemy mogli jeszcze z lotu ptaka podziwiać panoramę miasta i idealnie geometrycznie ułożone budynki, ulice i całe dzielnice. Można już przy samym porcie załapać się na pierwszą część kolejki prowadzącą nad dużą częścią miasta do połowy wzgórza. Mimo to, taki przejazd jest dość drogi i można utknąć na długi czas w ogromnej kolejce, dlatego ja polecam raczej wybrać metro do pl. Espana, spacer w kierunku stadionu Olimpijskiego i dopiero stamtąd przejechać drugą, krótszą częścią kolejki już na sam szczyt. Bilet znacznie tańszy, a widoki wciąż świetne. Na szczycie wspomniana warownia, do której można wejść za kilka euro i podziwiać widok na portową rozładownię po jednej i całe miasto po drugiej stronie. Miejsce to pełniło kiedyś rolę więzienia. Później można spacerem wrócić na placa Espana, który liczne parki i dużo zieleni uprzyjemniają. Stadion Olimpijski często jest otwarty i za darmo można rzucić okiem na obiekt z jednej z trybun.
Na samym placu znajduje się ogromny budynek, w którym mieści się Narodowe Muzeum Sztuki Katalońskiej. Przed nim, u podnóża majestatycznych schodów jest duża okrągła fontanna (Font Magica), która po zmroku zamienia się w kolorowy spektakl muzyki i wody, a tłumy ludzi oblepiają schody i murki, by siedząc podziwiać przedstawienie. Dobrze więc wrócić tam po zmroku nawet, gdy byliśmy tam wcześniej.
W oczekiwaniu na zmrok można się jeszcze przejść na Poble Espanyol, plac nieopodal, gdzie można obejrzeć pokazy flamenco, wystawy malarskie i wyroby rękodzieła. Bardzo klimatyczne miejsce, które stało się artystyczną wizytówką miasta.

Dzień 5
Mimo licznych atrakcji w mieście, dobrze jest wyruszyć nieco poza i wybrać przynajmniej jedno z dwóch, górujących nad miastem miejsc. Monsserat to benedyktyńskie sanktuarium, drugie w Hiszpanii po Santiago de Compostella miejsce pielgrzymek, podobne do naszej Częstochowy. Podróż można rozpocząć metrem z pl. Espana, a następnie zrobić sobie górski treking lub wjechać kolejką (Funicular). Opactwo położone jest w przepięknych górach, po których również gorąco polecam się przejść po zwiedzeniu samych zabudowań. Widoki zupełnie inne od tych, do których przyzwyczaiły nas nasze góry. Mówi się, że ze szczytu, najwyższego miejsca na równinie katalońskiej, widać całą Katalonię, a jedna z licznych legend mówi, że to tutaj odnaleziono świętego Graala. To bardzo ważne miejsce dla Katalończyków ze względu na ich poczucie narodowości, to tutaj mogli zawsze liczyć na schronienie w czasach prześladowań. Muzeum może pochwalić się imponującymi zbiorami malarstwa.
Tibidabo, to drugi z proponowanych kierunków. Bliżej centrum i górujący nad całym miastem zapewnia też wspaniały widok na nie. Na szczycie znajduje się robiący wrażenie, strzelisty i dwupoziomowy kościół. W pobliżu znajduje się park rozrywki, z charakterystycznym kołem diabelskiego młyna, oraz wieża telekomunikacyjna i widokowa zarazem. Dotrzeć można na miejsce kolejkami (Funicular), pierwszymi tego typu w Katalonii, w drodze powrotnej fajnie jest zrobić sobie dłuższy spacer do przedmieść miasta, bądź pobliskich wiosek. Sam kościół (wygooglajcie sobie zdjęcia), ale i widoki z góry warte są tego, by wybrać się w to miejsce. Jeśli wybrać musicie między Monsserat, a Tibidabo przy ograniczonym czasie, to nie zazdroszczę wyboru ;)

Dzień 6
Czas ruszyć nieco dalej od Barcelony. Celem Figueres. Jest co prawda możliwość dotarcia tam komunikacją publiczną, jednak zdecydowanie lepiej na ten jeden dzień wypożyczyć samochód. Miasteczko leży 140km na północ od Barcelony, a warto się do niego wybrać ze względu na Salvadora Dali, który w Figueres się urodził i zmarł, a teraz jest tam jego duże muzeum wraz z teatrem - jedno z najbardziej osobliwych i najciekawszych, jakie w życiu widziałem. Nie jestem fanem takich miejsc, ale to zdecydowanie warto odwiedzić! Już sam budynek jest bardzo ekstrawagancki. Tuż obok głównego muzeum znajduje się drugie, mniejsze, w którym zobaczymy jedynie biżuterię zaprojektowaną i wykonaną przez Dali'ego (w dużej części mechaniczną). Fascynujące i futurystyczne rzeczy, bardzo przypadły mi do gustu.
Mając już do dyspozycji samochód warto rozejrzeć się po okolicy. Można np. udać się do Cadaques, nadmorskiego, pięknie położonego miasteczka rybackiego w pobliżu granicy z Francją. W miasteczku swój dom również posiadał Dali i ponoć można go odwiedzać. Ale bywały tam również inne słynne osobistości, jak Picasso, Joan Miro, czy Walt Disney. Polecam przede wszystkim jednak malownicze widoki małego, nadmorskiego miasteczka.
Opisany w tym punkcie dzień spędziłem kilka lat lemu, dlatego polecam wpleść go w swój plan. Tym razem jednak niestety nie udało nam się tego w ten sposób zorganizować (mając kłopoty z niewłaściwą kartą bankową do wynajęcia samochodu - być może jest to temat na poradę w innym poście ;) ). W ramach alternatywy wsiedliśmy w (jeden z wielu każdego dnia) pociąg na Estacio Sants w kierunku Tarragony. Tarragona to mniejsze, ale bogate w starożytne ruiny miasteczko. Istnieje od głębokiej starożytności i miało bardzo burzliwą historię przechodząc z rąk do rąk, między innymi Maurów, Wizygotów, Rzymian i Anglików. Głównie dzięki rzymskim ruinom i koloseum znajduje się na liście UNESCO. A ponieważ Tarragona jest miastem nadmorskim, wszystko położone jest z widokiem na wybrzeże w tle. Bliskość Barcelony (100km) sprawia, że mimo wszystko niewielu można tu spotkać turystów, nawet w szczycie sezonu. Dzięki temu można się cieszyć niemal pustą, a ładniejszą plażą. Na głównej ulicy miasta odnajdziemy pomnik ukazujący ludzi budujących ludzką wieżę podtrzymujących się nawzajem. Upamiętnia to konkurs, który odbywa się tam co 2 lata. Tradycja budowania takich wież, Castellls, to typowe katalońskie święto, które odbywa się na przełomie września i października.

Dzień 7
Ostatni dzień uzależniony jest od tego, czy już wtedy ma się lot powrotny i ewentualnie o której. Można spędzić dzień już zupełnie leniwie i na spokojnie, plażując lub spacerując, robiąc małe zakupy pamiątek. Można też zdecydować się jeszcze na pełne, intensywne zwiedzanie jeśli jest na to czas. Zostawiając sobie np. na ten dzień jedno z najważniejszych miejsc dla każdego Katalończyka - Camp Nou. Tak, stadion FC Barcelony, który jest nie tylko areną sportową, ale również miejscem patriotycznym, gdzie zawsze wyrażano swoją przynależność narodowościową i polityczną, nawet w czasach ucisku. Narodowe barwy Katalonii miksują się tam z barwami klubowymi tak mocno i na każdy sposób, że czasem trudno odróżnić je od siebie. Ludzie przychodzą tam nie tylko, by oglądać mecze, ale również by rozmawiać o polityce, by śpiewać hymny i pieśni patriotyczne, by poczuć niezależność od Hiszpanii oraz nierzadko - by ją pokonać. Jednocześnie obejrzeć można na murawie zawsze jednych z najlepszych piłkarzy świata na największym europejskim stadionie (i drugim na świecie po brazylijskiej Marakanie). Bardzo ciekawe dla kibica piłki i dobrze wyposażone jest również klubowe muzeum, a trasa zwiedzania prowadzi nas również do szatni, na trybuny, murawę, a nawet do klubowej kaplicy. Dla wielu zwiedzających ten punkt będzie pewnie jednym z głównych całego wyjazdu i pod wieloma względami trudno się temu dziwić. Mimo, że komercyjne, to jedno z najbardziej katalońskich miejsc w całej Katalonii...

Taki intensywny tydzień powinien zaspokoić regularnego zwiedzającego. Fanatykowi wystaw, galerii i muzeów z pewnością to nie wystarczy i będzie musiał spędzić dodatkowy tydzień w kolejkach do tych miejsc. ;] Również doradzam dodatkowy tydzień komuś, kto chce bardziej zapoznać się z Katalonią, z mniejszymi miasteczkami, pięknym wybrzeżem, Ebrem (możliwe spływy kajakowe) i lokalnymi winiarniami. Również okoliczne góry warte są eksploracji, no i samo miasto posiadające jeszcze wiele ciekawych zakamarków. Po prostu enjoy każdą chwilę w jednym z najbardziej soczystych turystycznie miast świata. :)

wtorek, 24 maja 2016

Skalne miasto

Szukaliśmy ostatnio jakiegoś nowego i ciekawego miejsca na spędzenie czasu w weekend. Miało być blisko, szybko i urokliwie.
Miejsce takie udało się znaleźć tuż za naszą południową granicą i aż trudno uwierzyć, że jeszcze nie udało nam się tam dotychczas dotrzeć. Mowa o skałach Adrszpasko Teplickich, znanych bardziej jako Skalne Miasto.


Należy jechać około 2km od miasta Teplice nad Metują, w kierunku na Adrszpach i Trutnov. Punktem startowym jest Strzemieńskie Podgrodzie, część miasta Teplice. Tu znajduje się duży parking, a nieopodal przystanek autobusowy. Stamtąd wyruszamy już pieszo, a do przejścia mamy trasę zwiedzania mierzącą 3,5; 6; lub jeszcze więcej km w zależności od wybranej opcji. Można ją pokonać w ciągu 2-5 godzin. Opis trasy znajdziemy w ulotce otrzymanej na wejściu na teren... "zwiedzania".

Unikalne formy skalne w piaskowcu przyciągają całe rodziny z dziećmi, ale również wspinaczy, którzy uwielbiają to specyficzne i szorstkie tarcie połączone z dreszczykiem emocji wynikającym z rzadko rozlokowanych punktów asekuracyjnych. Każda ciekawsza skała ma swoją nazwę i czasem krótką historię zamieszczoną na tabliczce. Mamy np informacje kto jako pierwszy się na nią wspiął.
Niektóre części wąwozu są zalane przez wodę i można je przemierzyć barką. Ciekawa perspektywa, do której niestety kolejki chętnych są ogromne. Nie będę się tutaj mocno rozpisywał na temat uroków miejsca, po prostu zobaczcie to na własne oczy i podziwiajcie piękno otaczającej Was przyrody.
Odbywa się tutaj również, corocznie w końcu sierpnia, Międzynarodowy Festiwal Fimów Wspinaczkowych.

czwartek, 24 marca 2016

Wreszcie zima(?) :)

Czy jedna podróż może generować, być przyczyną kolejnej? Dlaczego by nie?! :D
Jeszcze przed wyjazdem do Ameryki Południowej, w ramach przygotowań do wyjazdu, robiliśmy spore zakupy i przy okazji wzięliśmy udział w konkursie jednego ze sklepów z górską odzieżą. Jak już się pewnie domyślacie - wygraliśmy go, a w ramach nagrody czekał nas tydzień w austriackim miasteczku Kaprun w pobliżu lodowca z niesamowitymi warunkami narciarskimi i ski pass'ami w ramach wygranej. Przyznaję, że to najlepsza wygrana w moim życiu, która bije nawet "4" w totka ;)


Kaprun to malutka miejscowość leżąca obok nieco większej, za to niezwykle malowniczej - Zell am See. Bardzo ładne, leżące nad uroczym jeziorkiem i otoczone wysokimi górami miasto. Jezioro nazywa się Zeller See i w czasie letnim jest żeglowne, zatem atrakcje mamy tutaj cały rok. Miejsce to znajduje się 60km od Salzburga i 100km od Insbruka, a od Wrocławia jest to 8h wygodną autostradą (wystarczy wyjechać na obwodnicę, kierować się na Niemcy) i jeszcze godzinka przez cudowne austriackie wioski i górskie krajobrazy.
Natomiast za komentarz na temat warunków narciarskich i organizacji infrastruktury niech wystarczy fakt, że odbywają się tam puchary świata w narciarstwie alpejskim i snowboardzie. Na sam szczyt lodowca, Kitzsteinhorn wjeżdża się aż trzema gondolami, na wysokość ponad 3000m. Stamtąd dostępnych bez liku mamy zróżnicowanych i szerokich tras zjazdowych, którymi do ponownego stania w kolejce do wyciągu (niestety kolejki są) jedziemy przynajmniej 15-20min jeśli bardzo nam się śpieszy :)
Trasy przygotowane są fantastycznie, choć miejscami tworzą się mniej przyjemne muldy po kilku godzinach jazdy - przy takich tłumach ludzi nie ma w tym chyba nic dziwnego. Miejsce jest bardzo popularne i znane na całą Europę. A jedni napotkani Polacy powiedzieli nam, że lubią zwiedzać nowe miejsca, gdy jednak szukali czegoś nowego w tę zimę, nie znaleźli nic co chociaż by dorównywało temu miejscu, więc wrócili. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, niezależnie od poziomu umiejętności, czy specyfiki, są trasy freeride'owe, snowpark i oczywiście mnóstwo klasycznych tras.
Więcej o miejscu i jego infrastrukturze znaleźć można na jego oficjalnej stronie, z dostępnymi informacjami również po polsku TUTAJ.

Zauroczony Austrią byłem ogromnie już po naszej krótkiej, zeszłorocznej wizycie w tym kraju. Odwiedziliśmy na krótkie zwiedzanie Wiedeń, a następnie alpejskie miejsce wspinaczkowe, które swą urodą podbiło moje serce. To jakie ten kraj ma nie tylko warunki i "estetyczność" stworzone przez człowieka, ale również jakie ma warunki naturalne, daje w sumie obraz, który mnie uwiódł i stałem się nagle wielkim fanem tego alpejskiego kraju. Z ogromną chęcią wrócę do Austrii, czy to na deskę, czy wspinaczkowo, a nawet na treking, lub spływ kajakowy.

Do tego wszystkiego, jakby szczęścia było mało, pogoda dopisała nam doskonała. Jak na połowę marca, w miasteczku panowała iście wiosenna pogoda, słonecznie, ciepło (nawet kilkanaście stopni w słońcu) i czuło się koniec zimy. Na lodowcu natomiast, choć wciąż słonecznie i przyjemnie, to zima była jeszcze w sam raz na stok. Po spędzeniu całej zimy w Ameryce Południowej, był to nasz pierwszy śnieg w tym sezonie, bo w Polsce pod koniec lutego i w marcu zimy przecież nie ma :]

Po backpackerskich wojażach, nagle czterogwiazdkowy hotel ze spa i wyrafinowaną restauracją okazały się takim luksusem, że czasem nie wiedzieliśmy jak się tam zachować ;] Zupełnie nie przywykliśmy do takiego standardu, było to więc fantastyczną odmianą... Choć oczywiście nie przekona nas ona do zmiany stylu podróżowania z backpackerskiego na all inclusive ;)
I tak spędziliśmy tydzień objadając się świetnym jedzeniem i deserami, szalejąc na stoku w pełnym słońcu, a wieczorami wygrzewaliśmy się w różnych saunach i na basenie. Na stoku, jak można przypuszczać, mijaliśmy pewnie co najmniej kilkoro bardziej znanych osób, nam udało się rozpoznać Apoloniusza Tajnera (prezesa Polskiego Związku Narciarskiego, gdyby ktoś nie kojarzył - byłego trenera Małysza) wraz ze swą młodą towarzyszką ;)
A ostatniego dnia, przed powrotem do Polski, Kaś zrobiła mi urodzinową niespodziankę, gdy nasz stolik na śniadanie był uroczyście przystrojony, a kelnerzy przyszli z życzeniami :D Miłe zakończenie cudownego tygodnia!

środa, 17 lutego 2016

Perspektywa po powrocie

Zatem wróciliśmy. Bez większych przygód tym razem, za to długim i nudnym lotem do Madrytu, starym jak świat samolotem Iberii. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że jeszcze takie samoloty mogą być używane na tak dużych dystansach. Następnie lot do Mediolanu, gdzie spędziliśmy sobie Walentynki na zakończenie całego tripu i następnego dnia Polska. Trzeba by chyba podsumować...


Ale na początek może jeszcze kilka spostrzeżeń o życiu i podróżowaniu na tym kontynencie jako całości.
Wyraźnie brakuje tam Ryanaira, czy innego Wizzaira, co prowadzi do tego, że czasem można taniej polecieć do Europy niż z np. z Argentyny do Peru, czy Ekwadoru. Sytuacja dla mnie trochę niezrozumiała, za to tłumaczy ona przyczynę dlaczego rozwinęły się tam tak dobrze wszelkie linie autobusowe. A potrafią być na prawdę luksusowe i wygodne, i nie zawsze drogie. Czasem na pokładzie autobusu mamy do dyspozycji stewardessę, darmowe przekąski i napoje. Na większe posiłki raczej autobusy zatrzymują się na postojach, gdzie często można zjeść jedzenie na wagę, lub gotowe zestawy. Siatka połączeń jest gęsta, nawet na dalekich dystansach i rozkład godzinowy często też oferuje kilka opcji. Różne firmy jeżdżą na tych samych trasach, można więc czasem wybrać taki standard i za taką cenę, jakie odpowiadają nam bardziej.
Czasowo oczywiście autobusy przegrywają z lotami. Ale jeżeli ta druga opcja nie jest rozważana ze względu na cenę, można się zdecydować np. na podróż w nocy. Oszczędzamy w ten sposób czas i zwracają nam się częściowo koszty, które ponosilibyśmy za nocleg. Nie każdy autobus ma wystarczający standard, by dobrze się wyspać, czasem jest też dość zimno, ale i tak jest to dobra opcja, z której korzystaliśmy wielokrotnie przez te trzy miesiące.

Skoro jesteśmy już przy noclegach, pojawia się pytanie gdzie szukać. W dużych miastach dobrze szukać z lekkim wyprzedzeniem na Couchsurfingu. Nie ma się co obawiać, że to obcy ludzie, których nie znamy. Najczęściej, to również podróżnicy, którzy tak jak my, korzystali, lub chcieli by kiedyś skorzystać z dobrodziejstw Coucha. Często mówią również po angielsku, chcą nam pokazać swoje miasto od atakcyjnej strony i służą radą gdzie warto iść, a jakich okolic lepiej unikać ze względu na bezpieczeństwo. W ogóle, będąc z lokalsami jesteśmy bezpieczniejsi, można bez większych obaw poznać z nimi życie nocne, a nie rzadko ciekawe i mało turystyczne miejsca. Można też więcej dowiedzieć się o życiu lokalnych ludzi, ich zwyczajach, sytuacji, no i oczywiście... mamy nocleg za free :) Tak na prawdę nie zawsze jest to rzeczywiście oszczędność, bo w dobrym tonie jest zabrać ze sobą na posiłek bądź napitek swego gospodarza. Zdecydowanie jednak jest to najlepszy sposób na szukanie noclegu w dużych miastach. Nasi Couche zabierali nas nawet do swych rodzin, co czyniło doświadczenie jeszcze głębszym. Pamiętać należy, że w pewnych kulminacyjnych momentach, jak karnawał, wakacje, czy np. Olimpiada ;) chętnych na Coucha jest tak wielu, że lokalsi są nimi zmęczeni i odmawiają wtedy przyjmowania. I trudno im się dziwić, gdy chętni wchodzą im drzwiami i oknami - prywatność jednak trzeba starać się szanować.
Gdy nam się ta opcja nie udawała, w niektórych krajach (Urugwaj, Brazylia) robiliśmy dzień wcześniej rezerwację na booking.com. Porównanie ofert i sprawdzenie na mapie gdzie są dane hostele jest na prawdę wygodne. Nie zawsze udostępnienie informacji o swojej karcie kredytowej jest w pełni bezpieczne z tego co słyszeliśmy. Ale złych przygód nie doświadczyliśmy. W innych krajach szukaliśmy po hostelach poleconych w przewodniku LonleyPlanet. Jako, że ostatnie jego wydanie jest już sprzed kilku lat, nie zawsze informacje były aktualne. Często też te hostele wybiły się na tym przewodniku i zdecydowanie cenią się już wyżej niż rekomenduje się je w książce. Ale jest to jakiś trop. Ostatecznie, w mniejszych miastach zawsze można wyjść z autobusu i zdać się na naganiaczy, którzy chętnie zaprowadzą Cię do swego, lub "swego kuzyna" miejsca. Oczywiście później okazuje się, że mają tylko jakąś prowizję od przyprowadzonego turysty. Ale do niczego to nie zobowiązuje. Trzeba się targować o cenę, czasem pokazać im dlaczego będzie im się opłacało zejść z ceny (zostaniemy dłużej, sprowadzimy znajomych, łóżko nie będzie stało puste), a czasem po prostu wyjść, by niemal biegli za Tobą. ;) Trzeba jednak przyznać, że noclegi zwłaszcza w Peru i Boliwii w ten sposób mieliśmy za zupełne grosze.

Porównując już ceny, poza noclegami ceny są zaskakująco wysokie. W najlepszym wypadku takie jak w Polsce, jednak jeśli chodzi o żywność, kosmetyki, czy chemię wiele artykułów musi zostać sprowadzona co sprawia, że ceny są wyższe niż u nas. Jedynie Brazylia może się tutaj trochę odróżniać dzięki temu, że jest dużym krajem, w którym lokuje się wiele fabryk światowych koncernów, a jednocześnie przeżywają od kilku lat kryzys gospodarczy i wartość ich waluty pikuje w dół. Nie inaczej jest z ceną ubrań. Niezależnie jak obciachowe ciuchy i na jak zapyziałym targowisku, ceny z powodzeniem mogłyby być pobite przez polskie sieciówki. Innym, świetnym przykładem były plecaki Quechua. Malutkie, proste plecaki, które w dowolnym Decathlonie kosztowały w zeszłym roku kilkanaście złotych (do 20), w Ameryce Południowej z jakiegoś powodu kosztują 200zł(!) :D Poważnie zastanawiam się nad hurtowym eksportem tych plecaków tam, obawiam się tylko, że słabo schodzą :P Podsumowując, byliśmy bardzo negatywnie zaskoczeni cenami na tym kontynencie. Okazuje się, że znaleźć tańszy od Polski kraj jest całkiem niezłym wyzwaniem, któremu sprostać mają szansę chyba jedynie niektóre regiony Afryki i Azji. Trochę lepiej na tym tle wypadają atrakcje turystyczne. Oczywiście te najsłynniejsze dorównują światowym standardom, na niektórych spoczywa duża presja zarobienia na turystach (Nasca Lineas, Amazonia, Patagonia), jednak nie brakuje również takich, które prezentują się bardzo rozsądnie.

Poza największymi miastami Brazylii i Buenos Aires wszędzie spotyka się pełno psów, czasem chadzających całymi watahami. Różne informacje i ostrzeżenia daje się znaleźć na ten temat w przewodnikach i nie jest to w żaden sposób przesadzone. I choć oczywiście ostrożności nigdy za wiele, to trzeba przyznać, że najczęściej są to bardzo przyjacielsko nastawione zwierzęta, które nakarmione przez Ciebie będą Ci towarzyszyć w wędrówce na Machu Picchu, zatańczą z Tobą na przedmieściach La Paz, czy po prostu rozbrajająco będą się łasić nie wywołując ani przez chwilę wrażenia, że mogą być niebezpieczne. Prędzej w Europie podchodziłbym z dystansem do psa (nawet posiadającego właściciela, a może zwłaszcza takiego), niż do takiego błąkającego się w Ameryce Południowej. Jakby zupełnie inna rasa psa.
Inne dobrze nam znane zwierzęta z naszych domów - komary, nie są już tak milutkie. Na dużych wysokościach ich prawie nie ma, więc w wielu miejscach nie stanowią problemu. Jednak na nizinach żyją inne gatunki komara, niż znamy w Europie. Te Amerykańskie są szybsze, bardziej krwiożercze i nie zawsze reagują na repelenty, których używamy. W dżungli jest ich tyle, że właściwie jedyną ochroną może być plastikowa peleryna przeciwdeszczowa oraz moskitiera na łóżko na noc. W innych miejscach, jak miasta, bywa z nimi różnie. Czasem jest ich więcej, czasem mniej, ale stanowią ten sam problem. Zagrożenie malarią może nie jest duże, zwłaszcza poza Amazonią. Jednak o Zice pewnie słyszał już każdy. Najgorsze, że my usłyszeliśmy o tym dopiero wyjeżdżając z Brazylii, więc trochę za późno na profilaktykę. Nie należy jednak tego lekceważyć.

Wracając do tematu jedzenia, trzeba przyznać, że nie trudno było nam wrócić z tej podróży o kilka kg lżejszymi i nie tylko dzięki spędzeniu długiego czasu na dużych wysokościach. Ci, którzy nie są wielkimi fanami wołowiny muszą zdać się na rzeczy takie jak zupy z proszku, mniej lub bardziej fatalne pizze i tym podobne. Tylko w niektórych miejscach zdarzało się spotkać coś bardziej jadalnego i zawsze była to ogromnie przyjemna niespodzianka :) Przykrym tematem niestety są śniadania. Są często wliczone w cenę hostelu, ale trzeba przyznać, że równie dobrze można by z tego zrezygnować z dużą korzyścią finansową... Na takie śniadanie składają się dwie kromki okropnego chleba tostowego lub malutkie, słodkie bułeczki, do tego odrobina margaryny i słodki, sztuczny dżem. Czasem do tego odrobina dulce de leche. W każdym razie wszystko zlewa się w jedną, mdło słodką i zbyt małą porcję, której często nawet nie ma się chęci tknąć. Ulgą było, jeśli dodatkiem były owoce. Całość dopełnia czarna herbata - zawsze z cynamonem i goździkami. To ostatnie nie było takie złe, ale o co chodzi, że niemal jedynie taką herbatę mają dostępną?
Oczywiście ten komentarz o jedzeniu nie dotyczy Brazylii. Tam bufety na wagę ratują całą sytuację wspaniale.

Jeśli chodzi o komunikację ze światem, to mimo XXIw wciąż w wielu miejscach Internet jest problemem. Niemal każdy hostel twierdzi, że oczywiście Internet jest. Ale najczęściej działa przepotwornie wolno, a i zdarza się, że nie ma go wcale. W kafejkach internetowych wcale nie jest lepiej. Często za dość wygórowaną cenę otrzymujemy transfer, który ledwie pozwala sprawdzić maila i kilka stron, a co dopiero by uploadować zdjęcia z podróży, by bezpiecznie je zachować.
Cóż, o ile Internet jest technologią, która wciąż jeszcze rozwija swój zasięg, o tyle wydawałoby się, że telefony zagościły wszędzie już dawno. I niby się zgadza, rzadko zdarzało się, by zasięgu nie było wcale. Ale co ciekawe, z jakiegoś powodu z wielu krajów nie było możliwe, by wykonać połączenie do Polski. Dlaczego? - Nie wiem. To nie była kwestia roamingu, bo ten używaliśmy już w wielu krajach. Czy nasz operator na któreś kraje nie ma umowy? Może... Fakt jest taki, że z Peru, Boliwii, Chile i Argentyny zadzwonić do Polski było niemożliwością. W Paragwaju i Urugwaju nawet nie próbowaliśmy. Wyjątkiem w tej kwestii, jak w wielu, okazała się Brazylia. Pozostało dzwonienie ze Skype'a, ale jak się to udawało i jaka była jakość połączeń, można sobie wyobrazić czytając jeszcze raz akapit o dostępności Internetu ;)

Za to by kontaktować się lokalnie z kimkolwiek, niezależnie czy to osoba prywatna, czy firma, hotel, infolinia czy cokolwiek - najlepiej było korzystając z WhatsApp'a. Popularność tej aplikacji jest tam nieprawdopodobna i pojawiła się znacznie wcześniej niż u nas. Zastąpiła zupełnie tradycyjne SMSy, a i telefonować próbuje się najpierw w ten sposób.

Karty kredytowe. Wspaniałą możliwością w Peru było wypłacanie z bankomatów dolarów. Pozwalało to na korzystniejsze przewalutowanie. Niestety szybko z tego luksusu wyleczyła nas Boliwia. Gdzie nie działał dla nas niemal żaden bankomat, a jeżeli już i teoretycznie oferował dolary, to ich nigdy w maszynie nie było. Podstawowym problemem było jednak znalezienie jakiegokolwiek, który wypłacał nawet lokalną walutę. W Argentynie również wiele banków nie honorowało naszej karty. Jedynie wybrane banki. W Brazylii co prawda honorują europejskie karty tylko 3 banki, ale za to największe, więc właściwie większość bankomatów dla nas działała. Nigdzie jednak poza Peru już nie dało się wypłacić dolarów. W pozostałych krajach problemów nie było na szczęście. Natomiast co do płatności bezpośrednio kartą, należy raczej z tego rezygnować w Peru i Boliwii - często po płatności, rozliczenie na koncie okazuje się wyższe, niż być powinno i było na rachunku. Nie da się z tym później zupełnie nic zrobić.


A jak podsumować samo podróżowanie? Jak zwykle po takiej podróży człowiek wraca odmieniony i tym razem nie było inaczej. Jestem po powrocie, przynajmniej przez jakiś czas, choć wierzę, że już stale, produktem procesu podróży. Doświadczeniem, które żywo wpisało się już w osobowość. Z pewnością na wielu płaszczyznach tak jest i widać to najlepiej na zestawieniu wcześniejszych planów i oczekiwań z obecnymi.
Podróżowanie to zatem proces, czy cel? Dla mnie to chyba jednak proces, który ma swoje przełożenie na swój produkt, czyli mnie. I to właśnie jest celem, a nie sama podróż, czy jej destynacja. Takie to oto górnolotne wnioski się pojawiły :)

A na bardziej przyziemnym poziomie, okazuje się, nie po raz pierwszy, że Wrocław to jednak najlepsze miejsce na świecie do życia i jednak tutaj zdecydowanie chcemy zakotwiczyć nasze obuwie. To zdecydowanie, tak silne, jest w nas jednak po raz pierwszy. Zmęczyliśmy się tą podróżą, ale tak pozytywnie. Długość tej podróży była idealna, nie pozwoliła na przesycenie się, a równocześnie dotarliśmy do jakiś naszych granic. Teraz czas odpocząć, choć z pewnością nie jest to nasza ostatnia podróż. Ale kolejne będą pewnie raczej krótsze. Wiemy teraz bardziej czego chcemy i jakimi środkami do tego dążyć. A czy to życie teraz będzie poważniejszym (w reszcie)? Cóż... ;) i tak i NIE! ;D
Do zobaczenia w drodze, wcale nie w tak odległej przyszłości... ;)

piątek, 12 lutego 2016

Spokojne ostatki

Nowy tydzień, ostatni na naszej drodze, mimo że wciąż spędzany w Buenos, musiał się rozpocząć od poszukiwań nowego kąta do spania. Po małym zawodzie na CS'ie z pomocą przyszedł nam ośrodek buddyjski, podobnie jak pierwszej nocy naszej podróży. Mimo trwającego właśnie kursu z podróżującym nauczycielem i bardzo ruchliwego ośrodka, niezmiernie gościnni przyjaciele zaoferowali możliwość zostania tam nawet i do dnia naszego wyjazdu. Wykorzystaliśmy ich wygodne materace jednak tylko przez 3 noce, przy okazji nadrabiając zaległości w medytacji...

Zwiedzania już tak wiele nam nie pozostało, intensywny pierwszy tydzień zaowocował tym, że ostatnie chwile mogły być wolniejsze, spacerowe i... zakupowe. ;) Skupiliśmy się głównie na najbliższych dzielnicach; Palermo - które jest bogatą, urokliwą dzielnicą z restauracjami, pubami i artystycznymi sklepami, Belgrano wraz z chińską dzielnicą i ich restauracjami. W pierwszym tygodniu trafiliśmy tam akurat na chiński Nowy Rok. Na spokojnie odwiedzaliśmy też ponownie kolorową La Bocę i San Telmo.

Czas najwyższy był, by pozbyć się wszelkiej maści waluty, która nam jeszcze pozostała. Okazało się, że znalezienie z prawdziwego zdarzenia kantoru, to tutaj nie lada wyzwanie. W teorii banki mają przyjmować obce waluty, w rzeczywistości jednak poza dolarami i euro nie jest tak kolorowo. Problem był ze sprzedażą waluty ich najbliższych sąsiadów - Urugwaju. W centrum funkcjonuje jednak coś, co nazywają lokalnie "blue market" (choć z powodzeniem można by to nazwać czarnym rynkiem). Na głównych ulicach spotkać można mnóstwo naganiaczy, którzy drą się na pełny regulator "cambio dolar". Co ciekawe oni nie są "kantorami", a dopiero prowadzą zainteresowanego w różne miejsca, gdzie takie ukryte kantory funkcjonują. Najczęściej są to uliczne kioski ruchu, oblepione prasą z zewnątrz, a w środku siedzi facet z kalkulatorem, czekający na klienta nieznającego obowiązujących kursów. Z jednym z takich przewodników po kantorach trafiliśmy nawet do prawdziwej pralni, gdzie pojęcie pralni brudnych pieniędzy nabrało rzeczywistego sensu... :)

Sprzedaż tego nieszczęsnego pesos urugwajskiego było na prawdę wyzwaniem. Większość ze spotkanych panów businessmanów nawet nie wiedziała jaki powinien być kurs tej waluty, a Ci, co wiedzieli starali się nas mocno oskubać. Wyliczyłem jednak wartość tego, co mieliśmy wg kursów kilku walut i chciałem powalczyć o jednak godny kurs. Gdy powoli zacząłem tracić nadzieję, że ma to sens, usłyszał nas na ulicy pewien przechodzień, który okazał się mieć rodzinę w Urugwaju i mając ich wkrótce odwiedzić chciał odkupić od nas wszystko po takiej cenie, jakiej oczekiwaliśmy... Ha, czyli jednak wcale nie była z kosmosu! :)

Temat finansów to w ogóle w Argentynie bardzo ciężki temat. Kryzys gospodarczy trapi ich nieustannie, niemal od zawsze. Słyszeliśmy historię, że w latach '90 inflacja była tak galopująca, że ceny zmieniały się znacząco z minuty na minutę. Ludzie wchodzili do sklepu i cena artykułu wziętego z półki była już zupełnie inna w momencie dotarcia do kasy, by zapłacić. Dochodziło do tego, że nie miało sensu przyklejanie metek z cenami, a jedynie krzyczało się je na cały sklep. Ludzie kupowali rzeczy niepotrzebne, na zapas, bo wiedzieli, że za kilka dni ceny poszybują tak wysoko, że nie będzie ich już na to stać. Rząd w końcu chciał zastopować tę sytuację. Nastąpiło więc wyprzedanie wszystkich państwowych firm, by załatać dziurę budżetową i ustalono sztywny kurs waluty w stosunku do dolara z nadzieją, że sytuacja się ustabilizuje. To się jednak nie udało do końca. Rzeczywista wartość waluty zaczęła jednak tracić do dolara, a zachodni kapitał, który wykupił państwowe firmy zaczął wyprowadzać z kraju zyski w dolarach po ustalonej na sztywno cenie. Banki były zobligowane do zachowania sztywnego kursu, a po jakimś czasie stały się niewypłacalne. To wywołało, słynne na początku XXIw, bankructwo Argentyny, o którym wszyscy słyszeliśmy.

A teraz? Wcale nie jest dużo lepiej. Inflacja wciąż istnieje i jest odczuwalna. Nawet my mogliśmy ją zaobserwować. W momencie naszego przyjazdu do Argentyny 1zł wart był niecałe 3,20 pesos. W momencie wyjazdu było to już ponad 3,70 pesos. W tym tempie daje to inflację prawie 200% rocznie! Jednocześnie banknot o najwyższym nominale to 100pesos o wartości ok. 7 dolarów. Nie trudno się więc domyślić, że stale trzeba mieć przy sobie gruby plik banknotów, by kupić cokolwiek, a każda wizyta w bankomacie uszczupla jego zasoby tak bardzo, że po wizycie kilku - kilkunastu osób bankomat świeci pustką. W czasie weekendów, lub przedłużających się świąt stanowi to poważny problem dla wszystkich. Natomiast państwo nie nadąża z produkcją tych pieniędzy, by zaspokoić zapotrzebowanie. Zwrócono się więc z prośbą o pomoc do Brazylii, która oczywiście za niemałą opłatą zgodziła się pomóc. Jednocześnie okazało się, że Brazylia nie jest w stanie technicznie drukować argentyńskich pesos dokładnie zgodnie z ich wzorem, przez co w obiegu aktualnie są aż cztery różne wersje legalnych banknotów. Nie brak również podróbek, na które trzeba bardzo mocno uważać. Większość jest tak słabej jakości, że nawet laik może je odróżnić, jednak wciąż nie brakuje ich w obiegu.

Na ostatnie dwa dni znów wróciliśmy na coucha, przyjął nas Luis, który miał bardzo przytulne mieszkanko w Palermo. W dzień mogliśmy tam nieco odpocząć i przeorganizować z rzeczami przed powrotem, wieczorami natomiast zabierał nas wraz ze swoją dziewczyną na dobre jedzenie i zwiedzanie miasta nocą... Co jednak najważniejsze, zaoferował podwiezienie autem w dzień odlotu na samo lotnisko! Przecudowna oferta z jego strony, gdy dojazd bez auta byłby już na początek długiej, męczącej drogi powrotnej, ciężką i niewygodną przeprawą. WRACAMY!!!

poniedziałek, 8 lutego 2016

Buenas z Buenos

Buenos Aires przywitało nas bardzo spokojnie, wyludnionymi ulicami i łagodnymi temperaturami. Pierwsze co rzuciło się w oczy, to ogromne, baaardzo szerokie ulice, zupełnie nie latynoskie przestrzenie i architektura. I pomocni ludzie. :) Zawsze kupowaliśmy bilety lub płaciliśmy za przejazdy w autobusach, więc jakież było nasze zdziwienie, gdy w znalezionym wreszcie właściwym pojeździe kierowca od nas wymagał specjalnej karty miejskiej. Nie byłoby innego wyjścia, jak wysiąść w poszukiwaniu otwartych punktów z kartami (była niedziela wieczór), gdyby nie przemiła, starsza pani, która zapłaciła za nasz przejazd własną kartą. Nie chciała żadnych pieniędzy, za to chętnie ucięła sobie z nami pogawędkę. Od wielu lat mieszka w Chicago więc nie było problemu z językiem. ;) A kolejnego dnia na ulicy zaczęła przysłuchiwać nam się starsza pani, która aż weszła za nami do sklepu i dopiero tam zagadnęła po hiszpańsku: "czy mówicie po polsku?" Byliśmy w szoku. Okazało się, że jest córką polskich imigrantów. Urodziła się już tutaj, ale jako dziecko rozmawiała z nimi po polsku. Już mało pamięta, ale wystarczyło na chwilę konwersacji z miłym zabarwieniem i śmiesznym akcentem... :D

Wspaniale udało nam się również z miejscem, gdzie się zatrzymaliśmy. Z coucha przygarnęło nas małżeństwo... lesbijek :) Śluby gejowskie są tutaj legalne. Desiree (Desi) ma 32 lata, od 14 studiuje i ma korzenie włoskie, jak zresztą połowa Porteños (mieszkańcy Buenos Aires). Fernanda (Fer, 30 lat) to znacznie barwniejsza historia.

Pochodzi z Brazylii, ale cała rodzina uciekła do Argentyny przed mafią narkotykową, ponieważ jej ojciec, jako celnik wykrył próbę przemytu. Jest bardzo otyła i ma status niepełnosprawnej ponieważ cierpi na jakąś rzadką chorobę układu nerwowego. Od lat nie czuje połowy swojego ciała, często nie widzi na jedno oko, czasem ma problemy z mówieniem i niemal nieustannie odczuwa ból. Leki są wyniszczające i w sumie zawodne, a jedyne co jej pomaga to palenie trawki, co zresztą robi na okrągło. ;) Ponieważ nie jest to legalne w tym kraju, bardzo czynnie działa w ruchu mającym przekonać rząd do legalizacji marihuany jako leku i sprzedaży jej w aptekach na receptę. A póki co kupuje ją nielegalnie oraz sama hoduje liczne krzaki w domu, dbając o nie, jak o dzieci. Jednocześnie jest wulkanem energii i jedną z najbardziej pozytywnych osób, jakie w życiu poznałem. Nie wystarczy tutaj miejsca na wszystkie historie jej życia, ale była już bezdomna, zaszła daleko w programie Idol śpiewając i grając na ukulele, studiowała mnóstwo rzeczy i planuje występy jako komik. Czarna, otyła, niepełnosprawna lesbijka brzmi jak wstęp do dobrej, czarnej komedii. Ale najważniejsze, że sama tak właśnie traktuje swoje życie, nie biorąc rzeczy i problemów na poważnie. Niesamowita postać i niesamowicie kochane dziewczyny, mieliśmy zostać u nich 3 noce, a szybko dostaliśmy ofertę 6, zostając finalnie aż 8! Czas z nimi był niepowtarzalny... :)

Od miejscowej znajomej z Erasmusa, Dolores (która obecnie niestety znów mieszka w Barcelonie, a nie w Bs As), dostaliśmy mnóstwo wskazówek co zobaczyć i gdzie iść. Zaczęliśmy więc od tanga! Niesamowite miejsce, jakim jest La Catedral, jest chyba starym magazynem, z bardzo wysokim dachem i ogromną przestrzenią. Teraz jest to bar, odbywają się tam koncerty, a najczęściej pokazy, lekcje i imprezy z tangiem. Wzięliśmy więc lekcję i próbowaliśmy własnych sił po niej. Cóż, niełatwa sprawa, zupełnie inna od znanych nam muzyka i sposób poruszania się, a przy tych wszystkich wymiatających, starszych gentlemanach, pozostawało jedynie usiąść i podziwiać ich umiejętności przy butelce piwa.

Ciekawsze miejsca w mieście, to centrum z Plaza de Mayo, Congreso i łącząca je Avenida de Mayo. Do tego oczywiście słynna dzielnica La Boca, bardzo kolorowa i z pokazami tańca. Wszystko tu jednak mocno nastawione jest na turystów i ludzie nie są zbyt mili. Już przyjemniejsze wydało nam się San Telmo, gdzie w weekendy odbywa się targ, a na głównym placu również można obejrzeć tango przy filiżance (wciąż kiepskiej) kawy.

Jak już wspomniałem, miasto jest zupełnie różne od wszystkiego, co widzieliśmy do tej pory w Ameryce Pd. I nie wiem, czy to już przesyt tej podróży, czy zwyczajnie nie podoba mi się ten styl podrabianej Europy. Z pewnością jednak spodziewałem się więcej po Bs As. Architektura, mimo że na styl Paryża, powstawała w różnych okresach, z udziałem architektów różnych narodowości i w sposób niekontrolowany przez nikogo. To spowodowało bałagan, budynki różnych wysokości, styli i oderwane często od pozostałych. Ale nie brakuje też kolonialnych perełek.

Dla Argentyny imigracja była zawsze bardzo ważna, mają nawet we wstępie do konstytucji zapis, że każdy nowo przybyły jest chroniony ich prawem od momentu postawienia nogi na ich ziemi. Nigdy nie pytali też o ich przeszłość i nie podpisywali umów o ekstradycję. Stąd słyną z bycia schronieniem dla Nazistów. Jednak bardzo duża jest również polska imigracja z czasów międzywojennych lub komunistycznych. Natomiast w XIXw przybywali głównie Włosi i niemal każdy mieszkaniec Buenos ma w sobie włoską krew. Widać to w ich gestykulacji, kuchni (jak im się wydaje, np. mozzarella to dla nich każdy żółty ser) oraz w akcencie.

Ich język zresztą ewoluował w coś, co sprawia niemałą trudność nam i każdemu, kto nigdy nie spotkał się wcześniej z hiszpańskim po argentyńsku. Zasadnicza różnica pojawia się tam, gdzie Hiszpanie mówią "i/j" (czyli czytając "y" lub "ll"). Argentyńczyk użyje tam głoski "sz" lub nawet "ź". Więc słowo "ja" ("yo") wymówią jako >zio< zamiast >jo<, a plaża tutaj, to >plasza<, a nie >plaja<. Łatwiej? ;) Nie gmatwając już z innymi różnicami, pozostało im jeszcze ze starego, poetyckiego hiszpańskiego, używanego za czasów królów, użycie formy "vos" (wy) zamiast "tú" (ty). Można się poczuć jak za komuny w PL...