środa, 3 stycznia 2018

Sylwestrowe Lechaim!

Pewien czas temu Ryanair uruchomił loty do Izraela i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Samoloty latają pełne w obie strony. Możliwość lotu na przedłużony weekend idealnie zbiegł się w czasie z wolnym od pracy okresem międzyświątecznym, więc postanowiliśmy sprawdzić co przyciąga tam takie tłumy.
Już pierwsze obrazy po przylocie i dotarciu z lotniska do centrum Tel Awiwu pokazały nam, że jest to kraj kontrastów. Postanowiliśmy się przejść pieszo od dworca Savidor do hotelu na wybrzeżu i przyjrzeć się ulicom, które przecież znalazły się na światowej liście UNESCO jako "White City", będące największym na świecie skupiskiem modernistycznych zabudowań. Szczerze - całkowite rozczarowanie. Przypadły nam do gustu wszechobecne wielkie okna, jednak standard budynków wydawał się co najwyżej przeciętny, a wiele z nich trąciło slumsem.

Kontrastem do pierwszego wrażenia okazało się całe wybrzeże i Old Jaffa, czyli części miasta, w których spędziliśmy cały kolejny dzień. Bardzo niewiele miast z tych, które dotychczas widzieliśmy, może się równać z Tel Awiwem pod względem plaż i znajdującej się na nich infrastruktury. Długie, szerokie, przestronne, z siłowniami na powietrzu, deptakami, restauracjami, kawiarniami, drogą rowerową, licznymi boiskami do gier i fantastyczny, miękki piasek. Mimo niezłej pogody jak na grudzień (blisko 20 stopni i średnie zachmurzenie) żałowaliśmy, że to nie jest pełnia lata i nie możemy porządnie skorzystać z tego gdzie jesteśmy. Myślę, że nawet w pełni sezonu miejsce to nie jest wypełnione po brzegi, bo ciężko taką przestrzeń w całości zapełnić. Mimo dość zimnej wody (choć wcale nie lodowatej), surferzy różnej maści korzystali z wietrznej pogody i nie brakowało ich w wodzie.
Wzdłuż wybrzeża, które ciągnie się kilometrami można znaleźć mnóstwo hoteli na każdą kieszeń. Choć nie jest to tani kraj i hotele również to odzwierciedlają, to da się znaleźć z wyprzedzeniem przyzwoitą cenę. Warto przede wszystkim znaleźć miejsce, które w cenie oferuje porządne śniadanie, ponieważ to, co podczas wizyty w Izraelu najbardziej obciąża portfel, to jedzenie. Skoro już mowa o hotelach, trzeba również mieć świadomość, że ich standard jest przedstawiany trochę na wyrost. Być może okres świetności mają już trochę za sobą, lub są technicznie trochę zaniedbane, ale najważniejsze, by serwis był miły, jedzenie dobre i lokalizacja dogodna. Niestety w naszym przypadku internet był katastrofalny.
Niesamowite ile osób w tym mieście porusza się na elektrycznych rowerach oraz hulajnogach. Aż sami zapragnęliśmy taką hulajnogę do dyspozycji na wrocławskie ulice, bądź na okazję zwiedzania europejskich miast... ;)

Nasze zakwaterowanie było na północnej stronie plaży i idąc spokojnie wybrzeżem na południe, dotarliśmy w końcu do Old Jaffy - najstarszej dzielnicy miasta, a właściwie jego protoplasty. Było to arabskie miasto, jeden z największych portów na morzu Śródziemnym, gdzie falami zaczęli się osiedlać przyjeżdżający z całego świata Żydzi na przełomie XIX i XXw. Szybko, ze względu na brak porozumienia między starymi, a nowymi mieszkańcami, a także ze względu na chęć mieszkania w lepszych warunkach sanitarnych, Żydzi zaczęli wykupować ziemie dookoła miasta i budować własne dzielnice, a właściwie osobne miasto - Tel Awiw. To po jakimś czasie wchłonęło Jaffę.
Uliczki Jaffy oraz przy samym porcie są fantastyczne, pełne sztuki współczesnej (którą pewnie cieszylibyśmy się bardziej, gdybyśmy ją rozumieli ;)), wąskie, ładnie utrzymane, z nazwami znaków zodiaku, placami, na których zawsze coś się dzieje. Wrażenie robiły nabrzeżne baraki, które kiedyś pewnie służyły rybakom do przetwórstwa, a teraz mieszczą się tam restauracje, bary, kluby i galerie sztuki. Z przyjemnością gubiliśmy się w tych uliczkach i przemierzaliśmy je bez końca do zmroku, do totalnego zmęczenia...
Wrażenie robiło jak wiele miejsc deklarowało swoją tolerancję dla gejów. Tęczowe flagi są wszechobecne na ścianach i w oknach sklepów, barów i hoteli. Spodziewałbym się większej konserwatywności po społeczności żydowskiej.

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Jerozolimy, czyli obowiązkowego punktu każdej Izraelskiej wycieczki. Wybiera się tam każdy, dlatego kolejki do autobusów są bezkresne. Mimo to, z dworca autobusowego odjeżdżają autobusy w tamtą stronę niemal co chwilę i dlatego jest szansa już za 16zł i 40-50min dostać się na miejsce. Po wyjściu z dworca nie do końca wiadomo jest w którą stroną iść, brakuje oznakowań lub informacji turystycznej. Pytani żołnierze oraz przechodnie w dużej części nie mówili po angielsku lub nie wiedzieli o co nam chodzi, co było trochę zaskakujące. Należy kierować się w dół ulicy (Allenby jeśli dobrze pamiętam), którą jeżdżą tramwaje i trzymać się jej tak długo, aż ukażą się naszym oczom mury starego miasta. Jest to spacer na ponad pół godziny lekko licząc, więc można się również zdecydować na skorzystanie z tramwaju. Po wejściu główną bramą, po lewej stronie jest wreszcie upragniona informacja turystyczna, gdzie otrzymać można mapę starego miasta. Nie wnosi ona zupełnie niczego poza ogólnym rozeznaniem gdzie co się znajduje, ponieważ nazwy ulic na mapie z trudnością można znaleźć w rzeczywistości i odwrotnie. Najczęściej się to po prostu nie udaje. Miasto wewnątrz murów jest podzielone na cztery dzielnice - Ormiańską, Żydowską, Arabską i Chrześcijańską. Pierwszą właściwie minęliśmy bokiem po obraniu jakiegoś planu zwiedzania, mając świadomość, że wiele się tam nie dzieje.
Przeszliśmy od razu do dzielnicy Żydowskiej, najbardziej wystawnej, z klimatyzowanymi ulicami, licznymi sklepami jubilerskimi, archeologicznymi eksponatami mozajek i kolumn oraz wszechobecnymi żołnierzami. Tak dotarliśmy do jedynej pozostałości po Świątyni Jerozolimskiej - Ściany Płaczu. To święte miejsce Żydów, do którego pielgrzymują już od IVw, a nazwa pochodzi od sierpniowego święta, opłakiwania zburzenia świątyni przez Rzymian (Ściana jest jej jedyną pozostałością). Do Ściany podejść może każdy, pod warunkiem założenia na głowę mycki (dostępne jednorazowe dla każdego) lub jakiegokolwiek innego nakrycia głowy. Wyznaczone są dwie odseparowane strefy; dla kobiet i mężczyzn. Zaraz obok znajduje się wzgórze świątynne i mimo, że jest to wciąż dzielnica żydowska, znajduje się tam islamski meczet, z ogromną, złotą kopułą, jeden z najważniejszych w religii islamskiej. Według ich wierzeń, to z tego miejsca wniebowzięcia dostąpił Mahomet. Zasadniczo meczet jest przeznaczony do zwiedzania, jednak trzeba być dość wcześnie, by mieć szansę go obejrzeć. Już o 13-14 żołnierze nie wpuszczają turystów.
Dalej przeszliśmy do dzielnicy muzułmańskiej, która jest najbardziej hałaśliwa, zatłoczona i wypełniona sklepikami oraz straganami z "mydłem i powidłem". To w tej dzielnicy znajduje się Droga Krzyżowa (biegnie ulicą Via Dolorosa), rozpoczynając się od Lwiej Bramy. Choć lwia część zwiedzających zaczyna Drogę Krzyżową od końca, bo tak najłatwiej zaplanować wycieczkę. Pokazaliśmy, że jednak jest to możliwe, by iść "po bożemu" :P Stacje Drogi Krzyżowej są zaznaczone specjalnymi tablicami, choć jedne lepiej, drugie mniej widoczne. Jest też pewne zamieszanie w okolicach 9 stacji i łatwo się tam pogubić.
Ostatnie pięć stacji znajduje się już w dzielnicy chrześcijańskiej, w Bazylice Grobu Pańskiego. Budowla znajduje się na dawnej Golgocie, czyli górze, która została właściwie ścięta po to, by ta świątynia mogła powstać. Wewnątrz zaznaczone jest miejsce w skale, w którym umieszczony był krzyż Jezusa, jest płyta, na której został obmyty, oraz główne miejsce pielgrzymek - jego grób. Wszystko na zaskakująco, jak dla mnie, małej przestrzeni. Kiedyś Golgota znajdowała się poza murami Jerozolimy, dziś jest wewnątrz starego miasta.
To właściwie najważniejsze co można w Jerozolimie zobaczyć, a jednocześnie wszystko na co wystarczyło nam czasu. Trudno więc powiedzieć co jeszcze jest wartego uwagi, zwłaszcza w ostatniej z odwiedzonych dzielnic. O tej porze roku dość szybko robi się ciemno i jednocześnie chłodno, pogoda jest tutaj bardziej surowa niż w Tel Awiwie na wybrzeżu, co jest o tyle zaskakujące, że na wschód od Jerozolimy, zaraz u jej granic, rozpoczyna się pustynia. Bardzo pozytywne jest, że wejścia do wszystkich wspomnianych miejsc są darmowe, bez biletów. Bez większych problemów wróciliśmy autobusem do Tel Awiwu tą samą drogą, autobusy kursują do późna.

Nadszedł w końcu Sylwester. Pomysł spędzenia go na plaży wydawał się doskonały, przecież gdzie mogą być inni turyści by spędzić ten czas? Do tego przygotowania okolicznych pubów i klubów przy plaży zdawały się potwierdzać naszą teorię. I choć sztormowa pogoda mogła zmienić plany wielu osób, to jakie było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że w tę noc właściwie nikt nie świętuje... Lokale świeciły pustkami, jedna para tu, druga tam, ale trudno mówić było o "imprezie". Pewnie były gdzieś miejsca nieco bardziej oblegane, ale plaża była pusta zupełnie. Na niebie żadnych fajerwerków i żadnych większych oznak nadejścia Nowego Roku. Później dowiedzieliśmy się, że w Izraelu Nowy Rok obchodzi się we wrześniu, a Żydzi funkcjonują wg swojego własnego kalendarza, zupełnie nie zbieżnego z naszym... :)

Istotnym jest również, by przyjeżdżając tutaj pamiętać o tym, jak ważna jest dla nich sobota. A właściwie od zmroku w piątek, do zmroku w sobotę trwa dokładnie Szabas. Wtedy nie funkcjonuje żadna komunikacja publiczna, sklepy są zamknięte, podobnie jak większość restauracji, barów, pubów i innych miejsc publicznych. Jest to bardzo ważne święto i najczęściej jeśli sklep, czy restauracja są wtedy otwarte, oznacza to, że prowadzone są przez Muzułmanów lub Azjatów. Ten dzień jest jednak wyjęty z planów wycieczki, można powiedzieć i warto o tym pamiętać.

Ich walutę, 1 Shekel, można właściwie liczyć jak 1:1 ze złotówką. To bardzo ułatwia określenie wydatków. Izrael zdecydowanie nie należy do tanich krajów (czy jest gdzieś taki dla Polaka?!). Choć transport akurat określił bym jako ultra tani. Koszt pociągu z lotniska do centrum Tel Awiwu, to 13,50zł. Natomiast autobus do Jerozolimy, to 16zł od osoby. Znacznie droższe jest jedzenie, jak już wspominałem wcześniej. Trudno znaleźć obiad, czy kolację dla dwóch osób w niższej cenie, niż 110-140zł. I to nawet jeśli mówimy o bardzo prostym daniu, jak podstawowa włoska pasta, pizza, czy kebab, albo kuchnia azjatycka. Kebaby nawiasem mówiąc są tutaj bardzo popularne, a do wszystkiego dodawany jest hummus w ogromnych ilościach - po pierwszym posiłku już nam się przejadł... Owoce morza i świeże ryby nie są tutaj popularne, mimo, że to kraj nadmorski. W okolicach portu można oczywiście znaleźć taką ofertę, jednak ceny takich dań są jeszcze wyższe. Pamiętajmy też o napiwku. W większości miejsc jest on automatycznie doliczany do rachunku w wysokości 12%.
Z drugiej strony, doszliśmy do wniosku, że to wrażenie, że jedzenie jest drogie wynika dla nas również z tego, że tak łatwo jest przeliczać ich walutę na złotówki. Bo gdyby przeliczyć ten wydatek na euro i zestawić go z ceną obiadu w krajach Europy zachodniej, czy południowej, to właściwie okaże się, że są to całkiem standardowe ceny, jakie możemy zaobserwować we Włoszech, czy Hiszpanii.

Na wielu blogach i stronach przeczytać można, że w drodze powrotnej trzeba stawić się na lotnisku przynajmniej 3h przed odlotem, bo czeka nas prawdziwa gehenna i długa kontrola osobista z wywiadem (a właściwie przesłuchaniem) jakbyśmy byli szpiegami ISIS. Nawet Ryanair wysyła maila z prośbą o stawienie się na lotnisku znacznie wcześniej. Nie lekce warzyłbym tych informacji i potrafię sobie wyobrazić, że środki bezpieczeństwa są tutaj brane bardzo na poważnie. Możliwe jednak, że odkąd prawdziwe tłumy przybywają do Izraela Ryanairem, ich procedury nieco zelżały i tak dokładne kontrole stosowane są już rzadziej. My przynajmniej ich nie doświadczyliśmy i długiej kolejki do kontroli osobistej również wyraźnie nie było. Co prawda wywiad, który decyduje o całym dalszym sposobie odprawy na lotnisku odbywa się już na samym początku po wejściu na nie, a kolejka do tego wywiadu zabiera najwięcej czasu. Ale ostatecznie całość nie zabrała nam dużo więcej czasu niż standardowa odprawa na innych, dużych lotniskach. Warto też wiedzieć, że samoloty Ryanaira odlatują z innego terminalu niż główny i należy mieć trochę czasu w zapasie na przejechanie dodatkowej odległości darmowym autobusem.


Zarówno przed wyjazdem, jak i po, wiele pytań otrzymaliśmy odnośnie bezpieczeństwa w Izraelu. Dużo się słyszało ostatnio o niepokojach ze względu na przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy. Atmosfera jest i pewnie jeszcze dziesiątki lat będzie tam mocno napięta przez brak porozumienia między Żydami i Palestyńczykami (oraz innymi arabskimi nacjami), jednak na przeciętnego turystę w żaden sposób to nie wpływa. Służb mundurowych, a zwłaszcza żołnierzy jest tam mnóstwo i dzięki temu można czuć się na prawdę bezpiecznie. Każdy nieortodoksyjny obywatel ma obowiązek służby wojskowej; kobiety 2 lata, a mężczyźni - 3. Ludzie są nastawieni raczej przyjaźnie i pomijając pechowe sytuacje, których wcale nie ma tak wiele, z pewnością nie ma się co obawiać wyprawy do tego kraju.

Mieliśmy na Izrael zaledwie 4 dni, z czego tak w całości wykorzystane były zaledwie 2. Czujemy w związku z tym pewien niedosyt. Być może nie wrócimy już do Tel Awiwu, ale do samego Izraela prawdopodobnie tak. Ryanair lata również na samo południe, na wybrzeże Morza Czerwonego, do Ejlat. Tam w sezonie bardziej letnim może być bardzo przyjemnie spędzić kilka dni wakacji. Jednocześnie nadrabiając Morze Martwe, na które tym razem nie wystarczyło nam czasu. W Ejlat jest też przejście graniczne do Jordanii, być może więc jest to też dobra baza wypadowa do Petry? Czas pokaże :)

poniedziałek, 23 października 2017

Co tu robić na wakacjach?

Słyszeliśmy przed wyjazdem od znajomych, że na Malediwach jest... nudno, więc warto zabrać ze sobą książki, a po tygodniu i tak wrócimy znudzeni leżeniem na piasku maksymalnie. Najwyraźniej my nie potrafimy się nudzić na wakacjach, ale też ilość możliwych aktywności jest taka, że trudno nam dziś zrozumieć tą zasłyszaną opinię. W 8 dniach zabrakło nam czasu jedynie... na leniwy wypoczynek i nudę. :)

Nasz hotel został wyceniony na 3 gwiazdki (chciałbym zawsze w takich warunkach mieszkać), więc dobrze było zobaczyć jeszcze bardziej luksusowe miejsca. 2 dni poświęciliśmy właśnie tym celom. Najpierw wybraliśmy się do hotelu w pobliżu lotniska, gdzie przede wszystkim widać było, że to jeszcze nie sezon. Duże, otwarte lobby, kompleks połączonych basenów, długie, piaszczyste alejki wzdłuż plaży wypełnione hamakami, łóżkami i leżakami, a to wszystko niemal całkowicie wyludnione i do naszej dyspozycji. Mimo, że nie byliśmy gośćmi tego hotelu, większość zgadza się na korzystanie ze swoich terenów w zamian za szansę, że zjemy tam obiad, czy zamówimy kilka
drinków. Zawsze to dla nich zarobek. (A propos alkoholu. W tym kraju mamy prohibicję, więc nie jest on publicznie dostępny. Można go dostać jedynie w resortach i lepszych hotelach.)
Innego dnia wybraliśmy się łodzią motorową do resortu położonego na osobnej wyspie, po drugiej stronie Atolu. Tam poziom luksusu już zupełnie sięgał zenitu. Ogromny kompleks na wielkiej przestrzeni, z najdłuższym wybrzeżem na całych Malediwach. Goście mieszkają we własnych, prywatnych domkach, z jednej strony tuż przy plaży, z drugiej ukrytymi pięknie w gęstej zieleni. Mają więc tam dużo prywatności. Najwyraźniej jest ona dla nich tak ważna, że właściwie niemal nie wychodzą poza domki. Zatem mimo, że tutaj turystów nie brakuje (zwłaszcza chińskich), to ogromna i długa plaża oraz większość wspólnych przestrzeni są zupełnie puste i niewykorzystane... To aż trudne do uwierzenia, ale nigdzie jeszcze nie widziałem tak rajskich plaż, jednocześnie tak bezludnych. Jedynie wspólny basen był w godzinach popołudniowych wypełniony chińskimi i hinduskimi turystami. Po całej wyspie można się poruszać darmowymi meleksami, zamawianymi jak taksówki. Czyż nie fajnie? :)

W jedyny deszczowy i tak pochmurny dzień również nie traciliśmy czasu i do południa wybraliśmy się na oglądanie delfinów. Dostaliśmy cynk od lokalnych rybaków, że były widziane w pobliżu. Myśleliśmy, że zobaczymy ich kilka, gdzieś na horyzoncie. Najśmielsze oczekiwania przerosło to, czego doświadczyliśmy :) Ogromne ławice delfinów wyskakujące nam tuż przed dziobem łodzi, bawiące się na naszych oczach i ścigające się z naszą łodzią. Wyskakiwały wokół nas jakby popisując się i chcąc sprawdzić, czy są szybsze niż łódź. Niesamowitym przeżyciem było słyszeć ich "rozmówki" na żywo...

Dwa dni poświęciliśmy na nurkowanie. Pierwsze nie przyniosło wielkich emocji poza tym, że to zawsze jest fajne przeżycie. Ale drugie było jednym z najlepszych nurkowań w moim życiu. Dowiedziałem się, że istnieje miejsce, gdzie na 90% można zobaczyć manty. Te wielkie, majestatyczne, morskie diabły zobaczyć na własne oczy i być z nimi razem w wodzie, to jeden z powodów dlaczego warto mieć certyfikat nurkowy (choć Kaś nie ma :). Poprosiłem naszego divemastera (Rosjanina), by nas tam zabrał i popłynęliśmy łodzią do północnych granic naszego Atolu. Tam widzieliśmy kilka innych grup nurkowych, co dobrze wróżyło. W wodzie wpłynęliśmy do szerokiego wąwozu, w którym prąd był ogromnie silny, płynięcie właściwie nie było tam możliwe, trzeba było złapać się jedynie mocno skał. Niemal od razu pojawiły się te skrzydlate stworzenia i majestatycznie zawisły w toni. Były na wyciągnięcie dłoni. Pojawiły się wokół nas z każdej strony. Przejęci tym co było tak blisko, prawie nie dostrzegliśmy rekina kilka metrów przed nami. Nie był nami zupełnie zainteresowany, mimo, że my ekscytowaliśmy się jego widokiem ogromnie. Do tego, by zwariować ze szczęścia zabrakło chyba tylko czegoś tak wielkiego jak wieloryb ;)

Będąc na Malediwach mógłbym właściwie nie wychodzić z wody. Każda chwila poza nią była zmarnowana. Nawet będąc w hotelu starałem się jak najszybciej wejść w płetwy oraz maskę i wskakiwałem do wody by obserwować rafę na płyciźnie dookoła hotelu. Przez pierwsze dni wydawało się, że nic ciekawego poza kolorowymi rybkami tam nie ma. Ale gdy pod koniec pewnego dnia dwa żółwie przecięły mi drogę myślałem, że wyskoczę z wody krzycząc z radości. Wtedy spotkałem jeszcze wielką płaszczkę wygrzewającą się we "wrzącej" wodzie przy brzegu. Później spotykałem tam już żółwie codziennie.

A to nie koniec aktywności. Wypożyczonym kajakiem pływaliśmy na bezludną wyspę oraz ścigaliśmy się z pracownikami hotelu. A na rowerach przejechaliśmy blisko 30km po całym archipelagu, oglądając niemal cały Atol i drugie największe miasto Malediwów. Normalnie w tym kraju wyspy nie są ze sobą w żaden sposób połączone. Jednak na tym Atolu stacjonowały wojska brytyjskie i pozostawiły po sobie niezłą infrastrukturę. Wyspy połączone mostami to duże ułatwienie dla mieszkańców i stworzenie świetnych możliwości na łatwe zobaczenie czegoś więcej. Napotkani ludzie byli bardzo mili, uśmiechali się i machali nam.


Warto jadąc do tego kraju przyznawać się do miesiąca miodowego (może nawet gdy się go nie ma!). Tak zwani "Honeymooners" mogą liczyć na wiele darmowych dodatków. Nie tylko przystrojenie łóżka na powitanie, ale często darmowa, romantyczna kolacja na plaży z na prawdę interesującym menu. Oferta różni się w zależności od hotelu, ale to zawsze miły i wartościowy dodatek.
A propos jedzenia. Nasz hotel sam przyznawał się, że nie ma jeszcze rozbudowanego menu, ponieważ dopiero rozpoczyna swoją działalność i nie ma jeszcze wielu klientów. Choć starali się jak mogli i śniadania były całkiem różnorodne i smaczne. Na naszą kolację gratisową również postarali się bardzo. Natomiast znaleźliśmy w pobliżu fantastyczną restaurację. W cenie 4-5$ jedliśmy ogromną porcję do wyboru kuchni lokalnej, rybę rafową, owoce morza, kuchni tajskiej, orientalnej, czy nawet włoskiej. Cokolwiek nie wybraliśmy, a jadaliśmy tam często, wszystko było doskonałe! To było imponujące, że tak mała restauracyjka, w zabitej dechami wioseczce, gdzieś na końcu świata serwuje tak dobre żarcie...


Nie lubię mówić o kosztach, które ponosimy na podróże, ale jednocześnie zawsze staram się Wam przybliżyć, czy dane miejsce należy do tych droższych, czy tańszych. Ujmijmy to tym razem w ten sposób. Zazwyczaj ludzie wybierając się na Malediwy, decydują się na pełny pakiet, jadąc na wyspę resort i nawet nie szukają przygód poza ich hotelem. Takie rozwiązanie może być bardzo drogie, lub... umiarkowanie drogie. W naszym przypadku, cena "umiarkowanie drogiego" pakietu dla jednej osoby wystarczyła na nas dwoje, wraz z przelotem i wszystkimi atrakcjami, na jakie się zdecydowaliśmy. Wliczając w to nurkowanie 2 razy, delfiny, kajaki i wypożyczenie rowerów. Zwykle takie rzeczy stanowią koszt dodatkowy, a pojęcie "all inclusive" tyczy się jedynie posiłków i (nie zawsze) alkoholu. Jak widać, opłaca się organizować wyjazdy samodzielnie i płacić za rzeczy, za które chce się płacić, mając jednocześnie bardzo interesujące i aktywne wakacje.
Z pewnością są momenty w roku, gdy trudno wynegocjować na Malediwach niższe ceny. Są to okresy świąteczne, oraz styczeń i luty, czyli czas, gdy jest tam najlepsza pogoda, a zachodni turyści mają wolne i szukają miejsc na urlop.
Jadąc tam, najlepiej zaopatrzyć się w amerykańskie dolary i płacić za wszystko gotówką. Unikamy w ten sposób przewalutowania na karcie, które byłoby bardzo niekorzystne. Właściwie w każdym hotelu możemy wymienić dolary na lokalną walutę, jeśli ją potrzebujemy, po całkiem fair kursie. 1$ to około 15,30rufiya, a 1PLN = 4,30rufiya. Jeżeli jednak wyjdziemy z hotelu i chcemy płacić dolarami w lokalnej restauracji, kawiarni, czy sklepie, możemy napotkać problem z przyjmowaniem dolarów o niższym nominale niż 10$. Być może lokalsi mają później kłopot, by gdzieś wymienić drobne pieniądze na własną walutę. Nie ma jednak kłopotów ze znalezieniem cen w dolarach w menu lub by uzyskać taką informację od sprzedawcy. Resztę w takim przypadku zawsze już dostaniemy w walucie lokalnej, ale po całkiem przyzwoitym kursie.
Są rzeczy, na których wręcz nie wolno oszczędzać na takich wakacjach, drink w resorcie kosztuje, nurkowanie może być przygodą życia, a spać warto w dobrych warunkach mając hotelową plażę do dyspozycji. Ale jak już wspominałem, bardzo dobre jedzenie może być nadspodziewanie tanie, a fantastyczny snorkeling jest zupełnie darmowy jeśli zabierzemy własny sprzęt.

Nie ma też żadnych obaw o bezpieczeństwo, nawet gdy obcujemy z lokalsami. Są miejsca na świecie, gdzie wyjazd i organizacja wszystkiego stanowi pewien wysiłek oraz takie, gdzie wszystko jest niemal dziecinnie proste. Malediwy należą do tej drugiej kategorii. Warto zaplanować możliwie dużo przed wyjazdem i dogadać to mailowo z hotelem, co zapewni nam przegląd kosztów. Ale nie ma się co obawiać samodzielnej organizacji takich wakacji w tym prawdziwym raju! :)


czwartek, 19 października 2017

Małe-dziwy ;)

Nasze plany na podróż poślubną zmieniały się kilkukrotnie i ja wciąż uważam, że ta podróż docelowa dopiero przed nami. Przecież coś TAKIEGO nie może zamknąć się w tygodniowym wyjeździe. Niemniej ponieważ większe plany odkładają się w czasie, czas choć na chwilę zaspokoić się krótszym, acz wyjazdem na miarę wydarzenia... ;)
Jak to czasem bywa, wszystko zaczęło się od: "Zobacz jakie tanie bilety!". W rzeczywistości były w "przyzwoitej" cenie, ale w impulsie kupiliśmy, trochę "na wariata", organizując wszystko dopiero pod te bilety, a nie odwrotnie.

I tak obraliśmy kurs na Malediwy!!!! :D


Podróż okazała się totalnie szalona; autobusem do Pragi, tam krótki nocleg, a następnie lot do Doha, 7h oczekiwania, lot do Kolombo, kolejne 6h na przesiadkę i w końcu lot na Malediwy. Całość w sumie niemal 2 doby w każdą stronę. Byliśmy padnięci już w połowie tej drogi, ale czego się nie zrobi dla dobrej ceny biletów w wymarzonym przecież kierunku :)
I tutaj ważna uwaga. Okazuje się, że na Malediwach jest więcej międzynarodowych lotnisk niż jedno, czego się chyba mało kto spodziewa. Bardzo dobrze się złożyło, że szukając hotelu byłem na tyle dociekliwy w przyglądaniu się mapie. Dostrzegłem pewne rozbieżności i zorientowałem się, że nie lecimy na główne lotnisko do stolicy - Male, ale zupełnie na południe kraju, na wyspę Gan w Atolu Addu. Może brzmi to trochę niedorzecznie, że można się tak pomylić, ale wierzcie mi, jest tam około 1300 wysepek, wyglądających podobnie, zgrupowanych w Atolach, na takiej przestrzeni i w takich odległościach, że warto dopilnować tego, gdzie dokładnie się będzie. Spotkaliśmy ludzi, którzy dopiero podczas lotu zorientowali się gdzie lecą, i że jest to 700km od ich hotelu. Poruszanie się między Atolami jest możliwe, ale wcale nie takie proste. Promy, jako transport publiczny, pływają, ale ich siatka nie pokrywa w pełni najdalszych Atoli i na niektórych trasach jest bardzo ubogi, nie mówiąc już o potrzebnym czasie na takie odległości. Można też poruszać się wodolotami, co oczywiście bardzo skraca czas, jednak koszt jednego lotu, to 200-300$ na osobę.

Na szukanie hotelu i właściwej wyspy Kasia poświęciła sporo czasu, ale gdy okazało się, że lecimy
na ostatni Atol na południu (na równiku), to zakres poszukiwań mocno został ograniczony. Na Bookingu znaleźliśmy nowiutki, działający zaledwie od miesiąca hotel, który na zdjęciach wyglądał bardzo dobrze. Z prywatną plażą, ładnymi przestrzeniami, nowiutkimi pokojami z drewnianymi meblami i fajnym wyposażeniem. Niepokój budzić mógł fakt, że nie było jeszcze żadnych opinii na jego temat. Stwierdziliśmy jednak, że jeśli zdjęcia nie kłamią, to wszystko powinno być dobrze, a nowy hotel tym bardziej będzie się starał by się wypromować. Nie pomyliliśmy się pod tym względem... A ponieważ wiele cen za rzeczy dodatkowe wynegocjowałem mailowo przed przyjazdem, to ograniczyło mocno ich możliwości "zdarcia" z nas podczas pobytu.

Hotel Wave Sound okazał się doskonale do nas dopasowany i wspaniale położony. Przez tydzień spędziliśmy tam czas niemal wyłącznie sami (jedynie para z Czech przez pierwsze dwa dni częstowała nas śliwowicą), odpoczywając od zgiełku i ludzi. Po wejściu do wody mieliśmy do dyspozycji ok 300m płycizny, laguny prowadzącej do bezludnych wysepek, na które również mogliśmy się udać, a dopiero za nimi zaczynały się głębiny. Laguna, ok 1-1,5m głębokości, jest domem świetnej rafy koralowej i kolorowego życia, które łatwo mogą podglądać nawet słabo pływający turyści ze sprzętem ABC. Nie trzeba być certyfikowanym nurkiem, by spotkać żółwia, płaszczkę i wiele kolorowych rybek. Wspaniałe miejsce!


Jedną z ważniejszych rzeczy, jaką należy wiedzieć o tym kraju jest to, że muzułmańskie obyczaje są
tu silnie respektowane i jeśli nie mieszka się na wyspie resorcie (przeznaczonym tylko dla turystów), to należy się upewnić, że nasz hotel dysponuje własną, prywatną plażą. Inaczej nie będzie możliwości wyjść na nią w bikini, czy w ogóle wakacyjnym stroju. Niby ludzie są bardzo przyjaźni i sami zapewniają, że są wyrozumiali, liberalni i zaznajomieni z zachodnimi turystami. Jednak to wciąż kraj z pewnymi zasadami (właściwie prawami), które należy przestrzegać.
Jeszcze kilka lat temu turyści byli wpuszczani jedynie na resorty i nie mieli zupełnie styczności z lokalną ludnością. Stąd też wyśrubowane ceny w tych, trzeba przyznać, rajskich miejscach. Kilka lat temu jednak, ich prezydent stwierdził, że trzeba pozwolić lokalnej ludności (biednej i rybackiej głównie) pozwolić na budowanie hoteli i zarabianie na turystyce. To uruchomiło wielką machinę, otworzyło rynek i sprawiło, że można spędzić wymarzone wakacje w "realnych" kosztach.
Jest też chyba ciekawiej zobaczyć jak wyglądają tutejsze miasteczka, jak żyją ludzie, czy są przyjaźni, jak wygląda lokalna kuchnia i coś więcej niż tylko pustawe plaże. A na wycieczkę całodniową do resortu i tak można się zawsze wybrać. :)

Termin naszego wyjazdu wybraliśmy dość przypadkowo i okazał się ryzykowny ze względu na pogodę. Co prawda ciepło (powyżej 30stopni) jest tam cały rok, jednak trafić na porę deszczową przyjemnie by nie było. Nasz wyjazd wypadł na jej końcówkę, więc trzeba się było liczyć z opadami. Już drugiego dnia, od południa padało w zasadzie już do wieczora. Jednak i tak mamy szczęście bo pada głównie nocami. Zobaczymy jak będzie dalej, ale prognozy nie są złe, zdecydowanie gorzej wygląda to dla innych Atoli na północ.

niedziela, 15 października 2017

Qatar on the way

Qatar Airways, to prężnie działająca linia lotnicza, z bardzo rozwiniętą siatką połączeń, zwłaszcza między Europą a Azją i Afryką. Często więc wybierając na wakacje takie kierunki, korzystamy z usług tego przewoźnika, który ma zazwyczaj lepszą ofertę (czyt. tańszą) od wielu europejskich linii, niemieckich, francuskich, brytyjskich, czy fińskich. (Za to polecam sprawdzić rosyjski Aeroflot. ;)
Niewiele osób jednak wie, że przy okazji egzotycznych wakacji, można niemal w gratisie zaliczyć szybkie zwiedzanie również Kataru...

Mając przesiadkę i dostatecznie dużo czasu oczekiwania na kolejny lot, a jest to nasz lot w pierwszą stronę, można załapać się na darmowy Doha City Tour organizowany przez linie lotnicze. Grupy zbierają się 4 razy dziennie o określonych godzinach. Informacje można znaleźć na oficjalnej stronie przewoźnika TUTAJ.
Zgodnie z tym, jak reklamuje się na stronie, można w ten sposób odwiedzić cztery najważniejsze turystycznie miejsca. A ponieważ nie jest to kraj z głębokimi tradycjami historycznymi, wiąże się to głównie z zobaczeniem sklepów i targów, w tym biżuterii. Miejsce o największej wartości turystycznej może mieć jedynie największe na świecie Muzeum Sztuki Islamskiej.
Zainteresowani muszą zgłosić się do odpowiedniego stanowiska na lotnisku po przylocie do Doha.

Jeżeli z różnych powodów uczestnictwo w Tour'ze nie jest możliwe, można sobie zorganizować go samodzielnie w nieco innym zakresie. :)
Nie jest to wcale takie trudne. Należy samodzielnie przejść przez Immigration, by wyjść ze strefy przesiadkowej i wejść na teren Kataru. Spokojnie i bez problemów można uzyskać w ten sposób pozwolenie "wjazdu" do kraju bez wizy. Następnie, przed wyjściem do hali przylotów, trzeba znaleźć stoisko Informacji Turystycznej, gdzie można kupić bilet na komunikację miejską w dwóch wariantach; bilet całodzienny lub na 2 przejazdy.
Jednym autobusem można przejechać przez całe centrum i najbardziej istotne punkty miasta, aż do ekskluzywnej dzielnicy wieżowców, która wciąż jest właściwie wielkim placem budowy przed Mistrzostwami Świata. Ci, którzy chcą tylko nacieszyć oczy widokami, które ostatecznie nie robią aż takiego wrażenia, jak można by pomyśleć, nie muszą nawet wychodzić z autobusu, tylko po 1,5h przejażdżki wrócić na lotnisko. Można też (najlepiej zapytać o konkretne miejsce kierowcy, który nie zatrzymuje się na każdym przystanku, a jedynie na żądanie) z niego wyjść, by obejrzeć coś z bliska.

Zdecydowaliśmy się na taką samodzielną wycieczkę po mieście dwukrotnie, w obie strony drogi na wakacje (o których w kolejnym poście ;). Można przespacerować się w pobliżu wieżowców, choć to akurat dość uciążliwe i nudne. Nie spotkamy zbyt wielu ludzi (przynajmniej w godzinach wieczornych w naszym przypadku), a próby przedostania się przez ulice w legalny sposób, czyli po pasach, wiąże się z bardzo długim czasem oczekiwania na zielone światło dla przechodniów.
Można też wysiąść w centrum, w pobliżu wspomnianego już Muzeum. Nawet nie wchodząc do środka, w jego otoczeniu mamy do dyspozycji dość przyjemny park (akurat na nim odbywał się targ), w pobliżu trochę ciekawszych budynków, oraz kolorowy, oświetlony deptak wzdłuż morza, gdzie spotkamy spacerowiczów i nagabywaczy, by wybrać się statkiem do przeciwległej dzielnicy wieżowców.

Całość... dość zwyczajna. Widać przepych (ale, że jest to najbogatsze społeczeństwo świata?!) i organizację na wysokim poziomie, by pokazać się światu w 2022, ale wiedząc, że podobnie wygląda każde większe miasto w USA, widok po prostu nie powala na kolana. Może mieliśmy też zbyt mało czasu na poznanie miejsca lepiej.
Poszukiwanie czegoś w rodzaju przystanku autobusowego, by wrócić na lotnisko, okazało się wyzwaniem, ale przy odrobinie szczęścia i uprzejmości kierowcy, udało się zatrzymać autobus w dość przypadkowym miejscu. I to okazało się najciekawszym doświadczeniem z tego arabskiego kraju. Kierowcą okazał się Kenijczyk, chrześcijanin, który mieszka i pracuje tam od kilku lat. Wniosek z dłuższej rozmowy jest jednak taki, że życie, poza zarobkami, w Doha jest dość ciężkie i mało przyjazne. Trudno o zawarcie jakiś znajomości, a całość sprawia trochę wrażenie więzienia, które daje się opuścić jedynie i wyłącznie przez jedyne okno na świat, którym jest lotnisko. Pewnie wpływ na tę opinię miało też to, że cała jego rodzina, z żoną i dziećmi, pozostała w Kenii.

Mimo wszystko warto skorzystać z tej rzadkiej okazji, by obejrzeć kraj stworzony i zarządzany właściwie przez jedną rodzinę Szejków.
A co do katarskich linii lotniczych... doświadczyliśmy ogromnego rozczarowania. Stary Airbus, model wykorzystywany przez Wizzair'a, wraz z dość "szorstkim" obejściem stewardess z pewnością nie są godne opinii, że jest to druga najlepsza linia na świecie...

Kilka ciekawostek: Katar jest państwem - Emiratem (głową jest Emir z panującego rodu). Emir powołuje rząd i premiera, ale nie ma parlamentu, ani partii politycznych. Ich waluta do złotówki jest wyceniana praktycznie na 1:1 i oczywiście nie jest tanio (np. dwa makarony - 100pln). Kraj znajduje się na półwyspie i jedynym sąsiadem jest Arabia Saudyjska (z którą aktualnie stosunki ma fatalne). Nie posiadają żadnych zbiorników wody słodkiej, w całości musi być sprowadzana lub odsala się wodę morską. Od 1949 wydobywa się ropę, a w 1971 uzyskano niezależność od Wielkiej Brytanii. W tym samym roku odkryto ogromne złoża gazu (3. na świecie). Bezrobocie, to zaledwie 0,5%.

sobota, 8 lipca 2017

Malta

24.06.17 będzie już zawsze bardzo ważną datą w naszej wspólnej podróży przez życie. Dwie pary obuwia postanowiły związać się wspólnym węzłem sznurówki i już formalnie kroczyć podeszwa w podeszwę :D By uczcić ten fakt, a jednocześnie odprężyć się po wszystkich przygotowaniach do tego wydarzenia, najlepiej było wybrać się gdzieś wspólnie, w nowe miejsce, choćby na krótko...

Padło na tak popularną ostatnimi czasy Maltę. Plan był wybitnie wypoczynkowy i leniwy, a i na większe przygotowania się do tej wizyty nie było zbytnio czasu i przestrzeni. Na szczęście nasi znajomi nieco nas wspomogli radą i listą rzeczy must-see, więc ostatecznie na samym plażowaniu się nie skończyło. I całe szczęście, bo niemal afrykańskie słońce dało nam się mocno we znaki już od pierwszej wizyty na plaży.

Cała główna wysepka jest maleńka, przeczytałem gdzieś nawet, że wielkości Krakowa. Pewnie też z tego powodu funkcjonuję na niej dobra komunikacja autobusowa, jak słyszeliśmy. My jednak zdecydowaliśmy się na wypożyczenie samochodu. Wiedzieliśmy wcześniej, że Malta to była kolonia brytyjska i nawet przygotowaliśmy się z przejściówką do kontaktu dla urządzeń elektrycznych. Nie przyszło nam jednak do głowy wcześniej, że wynika z tego również fakt jeżdżenia lewą stroną ulicy... Dopiero przy odbiorze auta zauważyłem, że kierownica jest po drugiej stronie. :D Było to kompletnie nowe doświadczenie i trzeba przyznać, że w pierwszych chwilach bardzo stresujące. Zanim poczułem się względnie pewnie prowadząc, bez wrażenia, że zaraz zginiemy, minęły 2-3 dni.
Mimo niewielkich rozmiarów, na wyspie jest mnóstwo małych miasteczek, które czasem przechodzą nieodczuwalnie jedno w drugie (zwłaszcza na północy centralnej części wyspy), a wiele z nich jest bardzo urokliwe, w podobnym stylu, ze starymi kamienicami i murami obronnymi.

Stolicą jest Valletta. Miasto, ulokowane na półwyspie, zapoczątkowane zostało przez fort obronny. Po odparciu ataków tureckiej floty postanowiono w tym miejscu wybudować miasto o charakterze obronnym, więc wizytówką miasta jest fort St. Elmo znajdujący się na końcu półwyspu, mury obronne oraz dodatkowo bazylika z największą kopułą na świecie. Mnie przypomina trochę Bazylikę Św. Piotra, ale nie ma się co dziwić, włoskie wpływy są i zawsze były tutaj bardzo silne. Valletta zresztą została przez Włocha zaprojektowana. Miasto oczywiście posiada swoje muzea, ale my polecamy się po prostu przejść po jego uliczkach, obejrzeć fort, zajrzeć do ogrodów oraz katedry St. John'a i ewentualnie jego muzeum - Caravaggio. Można w ten sposób spokojnie spędzić ponad pół dnia.

Jedną z większych atrakcji wyspy jest Blue Grotto, znajdujące się w miasteczku Wied iz-Zurrieq na południu wyspy. Na miejscu można przepłynąć się łodzią pod łukiem skalnym, w którym światło słoneczne kolorowo odbija się w wodzie, tworząc ładne widoczki (poleca się godzinę 11). Niestety mieliśmy pecha i z powodu bardzo silnego wiatru żadne łodzie nie odbijały od brzegu. Pozostało nam więc obejrzenie łuku z klifu powyżej miasteczka.
Południe wyspy nie ma zbyt wielu plaż, ponieważ jest jednym, wielkim klifem. Poleca się więc obejrzeć Dingli Cliffs w pobliżu. Być może jest gdzieś jakaś perspektywa, z której wygląda to interesująco. Nam jednak takiej znaleźć się nie udało i z tego względu raczej tej atrakcji nie polecamy. Chyba, że ktoś ma możliwość oglądać je z morza, wtedy powinno być lepiej.
W drodze powrotnej przez centrum wyspy dobrze jest zahaczyć o dwa, sąsiadujące ze sobą miasta - Rabat i Mdinę. W Rabacie przede wszystkim znajdują się katakumby i jaskinia, w których przez 3 miesiące mieszkał św. Piotr. To kolebka chrześcijaństwa wyspy. Miejsce otoczone niemal kościołami, które wyglądają tak, jak wyobrażaliśmy sobie kościoły w Ameryce Południowej - kolorowe, krzykliwe i obwieszone maksymalnie żarówkami, które w pewien sposób obrysowują każdą możliwą krawędź ścian budynku z zewnątrz. Widok niezwykły, ale poza stolicą Malty, w ten sposób wygląda większość kościołów.
Mdina, to niegdysiejsza stolica. Dziś aż trudno w to uwierzyć. Maluteńkie miasto, otoczone murami, zwane jest również cichym miastem. I takim jest - bardzo spokojnym, z niedużą liczbą turystów, a jednocześnie przepięknym, z urokliwymi restauracjami i swoim klimatem. Bardzo polecamy zajrzeć tam na kilka godzin i eksplorować uliczkę po uliczce, a na koniec przejść się wokół po deptakach byłej fosy.

O Gozo, czyli drugiej największej wyspie Malty słyszeliśmy wcześniej, że jest spokojniejsza, jest mniej turystów, gorszy transport publiczny, no i do zeszłego roku Azure Window, czyli największa atrakcja turystyczna kraju (szczerze mówiąc, to nie zupełnie rozumiem ten fenomen), która się już zawaliła. My przede wszystkim wybraliśmy się tam na nurkowanie z instruktorem, którego miałem z polecenia. Przepłynęliśmy więc razem z samochodem promem (co ciekawe, płaci się tylko w drodze powrotnej) i pojechaliśmy do Mike'a i jego centrum nurkowego (http://www.nextdivegozo.com/). Mike okazał się bardzo wesołym i przyjaznym człowiekiem, a jednocześnie najlepszym instruktorem, z jakim do tej pory miałem do czynienia. Kaś nurkowała po raz pierwszy, dostała więc świetny, przyspieszony kurs teorii w pigułce, a w wodzie Mike niemal prowadził ją za rękę cały czas. Wszystko w taki sposób, że można się było czuć bardzo komfortowo i bardzo bezpiecznie przez cały czas. Zdecydowanie polecam nurkowanie z tym instruktorem każdemu, a zwłaszcza początkującym. Mnie również dał kilka ciekawych wskazówek. Kaś świetnie sobie radziła i zeszła razem z całą grupą na głębokość 17m (ja mam advance'a, a pozostałe 3 osoby były w trakcie robienia tego stopnia). Samo nurkowanie bardzo ciekawe. Karmienie ryb, ogromnych ławic, krystalicznie czysta woda i przepływanie przez przestronne jaskinie. Na prawdę super sprawa, a i tak nie było to najlepsze miejsce ze wszystkich wokół wyspy. Niestety byliśmy ograniczeni ogromnymi falami na północy i zachodzie wyspy, wywołanymi dużymi wiatrami w ostatnich dniach. Mimo to, muszę powiedzieć, że to prawdopodobnie najlepsze nurkowe miejsce w całym basenie morza Śródziemnego.
Po ogromnych emocjach nurkowych i adrenalinie, w drugiej połowie dnia zajęliśmy się zwiedzaniem wyspy. Nie mówi się o tym wiele, ale zdecydowanie warto na Gozo zobaczyć Ggantija Temples, czyli najstarsze ruiny świątyń na świecie(!), mające 5 600lat. Są starsze nawet od piramid. Zmieniały się na wyspie mieszkające ludy i ich wierzenia, a to miejsce i te budynki wciąż były wykorzystywane do celów religijnych. To z pewnością robi wrażenie. Mimo, że miejsce jest niewielkie, a znaleziska archeologiczne ograniczają się do kilku czaszek, zębów i przede wszystkim małych rzeźb w kościach zwierząt, całość jest bardzo interesująca.
Bardzo blisko znajduje się największe miasto na wyspie będące jego stolicą - Victoria. Można tam coś zjeść i przespacerować się po forcie górującym nad całym miastem.
Kolejnym kierunkiem jest Dwejra Bay na zachodzie wyspy, gdzie znajdowało się wspomniane Azure Window. Mimo, że się zawaliło, wciąż licznie przybywają tutaj turyści. Jedni nie wiedząc, że atrakcji już nie ma (TripAdvisor już wielkimi literami informuje o tym, po tym jak wielu turystów miało pretensje, że informacji brakowało ;]), a inni dla innych walorów. Miejsce wciąż jest ciekawe. Można w pobliżu znaleźć Inland Sea - uroczą zatoczkę, Blue hole dla nurków (w którym jest nawet rafa koralowa) i ciekawe formacje skalne. Wiele osób przybywa tam obejrzeć zachód słońca i zrobić zdjęcia Azure Window, którego już nie ma...
Jeśli jeszcze pozostało Ci trochę czasu i sił przed powrotem na główną wyspę, zdecydowanie warto odwiedzić jeszcze plażę Ramla l-Hamra. Słynie z czerwonego piasku i jest zdecydowanie jedną z ładniejszych na całej Malcie. Legenda głosi, że w jednej z jaskiń obok plaży, mieszkała nimfa Kalipso, u której schronił się Odyseusz.

Mając w pamięci jak rewelacyjnie wyglądają plaże na Cyprze, miałem pierwotnie takie same oczekiwania wobec Malty. Okazało się, że niestety są to bardziej włoskie standardy, czyli plaże albo skaliste, albo betonowe z zejściem do wody po drabince. Co nie znaczy, że piaszczystych plaż nie da się znaleźć, choć jest ich mniej i pewnie bardziej zatłoczone. Pierwsza, na którą trafiliśmy, to szeroko pojęte Golden Bay. Tak na prawdę jest tam kilka zatoczek z hotelami i piaszczystymi plażami. My trafiliśmy dokładnie na Ghajn Tuffieha, wąską i niewielką, ale całkiem ładną i przyjemną plażę. Innego dnia pojechaliśmy na polecaną przez lokalsów plażę Mellieha Bay. Jest znacznie większa i komercyjna. Dużo leżaków, parasoli, bary plażowe, wypożyczalnia sprzętu i masy ludzi. Może właśnie dlatego nie przypadła nam aż tak do gustu. Ponoć znacznie lepszym wyborem jest kolejna plaża, w pobliżu promu na Gozo - Paradise Bay, ale na to już nie wystarczyło nam czasu, by sprawdzić.
Jednakże plażą, którą trzeba(!) zaliczyć będąc na Malcie jest Comino. Jest to właściwie kolejna, mała wysepka między Maltą, a Gozo. Można się tam dostać turystyczną łodzią wypływającą z miasteczka zaraz koło promu na Gozo. Mimo kamienistej plaży i bardzo małej przestrzeni, widoki tam są fantastyczne. Woda nieco chłodniejsza, ale spokojna. Laguna łącząca plażę z jeszcze mniejszą wysepką (czy po prostu skałą), to świetne miejsce by popływać i zrobić sobie trochę zdjęć. Drinki w owocach z samochodu sprzedawane przez Serbów wspaniale to miejsce dopełniały ;D Chętnie byśmy tam jeszcze wrócili... Po całej wyspie Comino można się jeszcze przejść i dotrzeć na inne, większe plaże, jednak upał był zbyt wielki, a miejsce, które widzieliśmy zbyt zachęcające by ruszać się dalej.

Co jeszcze można robić na wyspie? Zaskakująco wiele na niej atrakcji archeologicznych. Najważniejszym są Hypogeum i Tarxien Temples w okolicach Paola/Tarxien, jednak by to zwiedzić należy zrobić rezerwację przez internet na tygodnie przed przyjazdem, zwłaszcza w sezonie. Miejsce z listy UNESCO jest tak popularne, że przy ograniczonej liczbie zwiedzających dziennie nie ma szans wejść tam "z marszu".
Na wschód od stolicy, na kolejnym półwyspie znajduje się "trójmiasto": Vittoriosa, Cospicua i Senglea. Małe miasteczka - bastiony, dobre na zdjęcia, przesiąknięte historią. Znajdziemy tam muzeum morskie i pałac Inkwizycji. Choć trzeba przyznać, że po zwiedzeniu Valletty nie zaskoczy nas tutaj już wiele.
Czy jest coś interesującego na południu wyspy? - Owszem, na południowym wschodzie rybacka wioska Marsaxlokk, w której oprócz świeżych owoców morza, w niedzielne przedpołudnie znajdziemy pchli targ. Od razu można wybrać się do St. Peter's Pool na kolejne plażowanie.
A co z życiem nocnym? Jest i takie! St. Julians jest miasteczkiem z licznymi restauracjami, barami i klubami. Nie wiem, czy jest to jedyne takie miejsce, reszta wyspy wydawała się wręcz zbyt spokojna. Za to to, co zobaczyliśmy w St. Julians przerosło nasze oczekiwania w drugą stronę. Maksymalna Sodoma i Gomora z udziałem bardzo kolorowych turystów z Wielkiej Brytanii i nie tylko... ;)

Malta to jedno z takich niewielkich miejsc, gdzie jedzie się jednorazowo na tydzień, lub tylko na dłuższy weekend, by odpocząć, zresetować się i wygrzać w niemal afrykańskim słońcu. Jak się na miejscu okazało, może to być też świetne rozwiązanie na bardziej aktywne wakacje; kurs nurkowania, snorkeling i inne sporty wodne, wspinaczka deep water solo i dużo zwiedzania. Łatwa możliwość komunikacji po angielsku oraz świetna włoska i morska kuchnia również mogą mieć znaczenie. :)

niedziela, 25 września 2016

Zamki polskie

Czasem udajemy się gdzieś daleko zapominając, że mamy też ciekawe miejsca bardzo blisko siebie, a wręcz "po drodze". Miejsca obecnie może nie zawsze bardzo urokliwe, ale z różnych względów ciekawe, choćby historycznie.
Do takich miejsc należą polskie zamki, pałace i pałacyki, które często lata świetności mają za sobą i obecnie są w fatalnym, lub przynajmniej mało atrakcyjnym stanie, ale dlaczego nie poświęcić im choć kilku chwil? Ich historie mogą czasem okazać się bardzo interesujące, a wspierając je kilkoma złotymi za bilet wstępu, możemy przedłużyć i poprawić im życie, spędzając jednocześnie bardzo interesujący czas.

Jeszcze w zeszłym roku wybraliśmy się do Mosznej. Zamku, któremu akurat do stanu ruiny daleko i robi bardzo dobre wrażenie. Był moim celem właściwie już od dłuższego czasu.
Wieś Moszna znajduje się w pobliżu Opola. Jeszcze do 2013r na terenie pałacu znajdował się szpital - Centrum Terapii Nerwic. Dla odwiedzających udostępniony jest tylko w części, ale wciąż tętni życiem z licznymi wystawami sztuki, plenerami malarskimi i koncertami muzyki kameralnej. Otacza go ponad 200-hektarowy park z dębami, które mają nawet 300 lat. Park jest rzeczywiście świetnym miejscem na spędzenie wolnego czasu - dobrze utrzymany, z imponującymi krzewami oraz rododendronami.
Pałac pochodzi z XVIIw, a odwiedzał go chociażby cesarz Wilhelm II. Podczas II Wojny Światowej uniknął zniszczeń, ale stacjonujące w nim wojsko radzieckie oczywiście wywiozło z niego wszystko co cenniejsze, resztę dewastując. Mimo to, wg mnie, jest to jeden z ładniejszych zamków w Polsce, zwłaszcza w południowo-zachodniej. Jedna z perełek.

Kolejnym punktem, również jeszcze w zeszłym roku, było Opactwo w Lubiążu. Cysterski zespół klasztorny jest drugim największym tego typu kompleksem w Europie i na świecie, co jest akurat jego przekleństwem. Fasada na 223m (najdłuższa barokowa fasada w Europie), powierzchnia dachu 2,5hektara i ponad 600 okien. To wszystko sprawia, że obecnie obiekt jest niezwykle trudny w utrzymaniu i boryka się z poważnymi problemami finansowymi.W krypcie klasztornej znajdują się nagrobki Piastów Śląskich oraz 98 świetnie zachowanych mumii opatów i zakonników. Zakonnicy pojawili się tu już w XIIw. i byli najważniejszym ośrodkiem piśmienniczym i kronikarskim w tej części Polski w średniowieczu. Szczyt świetności przypada na XVIIIw w czasie władania tymi ziemiami przez Austriackich cesarzy. Gdy ziemie przejęli Prusacy, zlikwidowali oni zakon i zawłaszczyli jego dobra, umieszczając w budynku szpital. Przed wojną klasztor odwiedził Hitler, a w jej trakcie budowano w nim rakiety V1 i V2. Oczywiście armia radziecka zdewastowała klasztor po jego przejęciu, plądrując groby Piastów i kradnąc ich insygnia władzy. Porozrzucali mumie, przez co większość nie można obecnie zidentyfikować. Po wycofaniu wojsk umieszczono tam szpital psychiatryczny dla czerwonoarmistów.
Od czasu obalenia PRL trwają prace remontowe. Przez 11 lat wymieniano dachy. Odrestaurowana jest również imponująca sala książęca o powierzchni 400mkw i wysokości ponad 13m. Odbywają się w niej koncerty. Przez kilka lat organizowano na terenie klasztoru Slot Art Festiwal oraz festiwal muzyki elektronicznej Electrocity. Jednak festiwal kończył się zawsze licznymi zniszczeniami. W 1997 miejsce odwiedził Michael Jackson.
Ogrom wszystkiego robi wrażenie. Jednak nie takie, jakie by mógł i powinien. Budynki niszczeją równie szybko, jak są odnawiane i wszystko sprawia wrażenie walki z wiatrakami. Potrzeba będzie z pewnością jeszcze wielu lat i środków, by to miejsce kiedyś rzeczywiście było turystycznie atrakcyjne. Ale są plany na uatrakcyjnienie całej miejscowości. Trzymamy kciuki!

Dalej skierujmy się na Jurę i zamek, który jest nam często niemal po drodze - Olsztyn. To jeden z punktów na trasie szlaku Orlich Gniazd. Nie jest do końca jasne kiedy zamek powstał. Pierwsze wzmianki pochodzą z początku XIVw, choć wiadomo z akt sądowych, że zamek (lub strażnica) istniał już wcześniej. Kazimierz Wielki rozbudował go do jednego z najbardziej warownych na pograniczu Śląska i Małopolski. Ten sam król skazał w nim na śmierć głodową wojewodę poznańskiego za spisek.
W XVw przyzamkowa osada otrzymała nawet prawa miejskie. I w tym samym wieku była ważnym punktem chroniącym koronę przed napadami książąt śląskich, a w kolejnym przed Austriakami. Miasto nigdy się nie rozwinęło. Zamek od początku XVIIw popadał w ruinę, co pogłębił mocno potop szwedzki. W XVIIIw część zamku dolnego rozebrano, a Olsztyn stracił prawa miejskie.
Obecnie pozostały tylko ruiny, które jednak z perspektywy, na przestrzennym wzniesieniu, wyglądają ciekawie. W bezpośrednim sąsiedztwie zamku znajdują się wapienne skały, na których często spotkać można wspinaczy.

Pozostając na Jurze kierujemy się do Ogrodzieńca, a właściwie Podzamcza, bo to w tej wsi znajduje się zamek z XIVw. To chyba najlepiej zachowany z zamków na Szlaku Orlich Gniazd i jeden z lepiej zachowanych na całej Jurze. Wykorzystywano to wielokrotnie na potrzeby telewizyjne, np. serialu Janosik, ekranizacji Zemsty, czy teledysku Iron Maiden.
Pierwsze fortyfikacje na tym najwyższym wzgórzu Jury powstały znacznie wcześniej, jednak w XIIIw zostały zrównane z ziemią podczas najazdu Tatarów. Zamek w swej historii bardzo często zmieniał swych właścicieli. Dwukrotnie palili go Szwedzi na przestrzeni 50 lat, a po drugim pożarze na początku XVIIIw. właściwie już nie został odbudowany. Późniejszy właściciel zaniedbał go zupełnie, by ostatni mieszkańcy wynieśli się z niego w 1810r. Kolejny właściciel wręcz rozbierał zamek w celu pozyskania budulca oraz rozsprzedawał pozostałe, zabytkowe sprzęty Żydom.
Zamek jest aktualnie licznie odwiedzany przez turystów. Organizowane są na nim również turnieje i pokazy rycerskie inicjowane przez lokalne bractwo.

W pobliżu rodzinnych stron znajduje się wieś Morsko, mimo hotelu i terenów rekreacyjnych, znana mi jedynie z takiego powodu, że jest tam 400m stok narciarski - jedyne miejsce na Jurze, gdzie można pojeździć, nie decydując się na wielką wyprawę w góry. Jakież było moje zdziwienie, gdy zupełnie niedawno zorientowałem się, że właśnie tam, tuż obok, znajdują się jakieś ruiny zamku! :) Zdziwienie było jeszcze większe, gdy okazało się, że wypożyczalnia sprzętu, której klientem bywałem, mieści się właśnie w nim... :D
Zdjęcie z internetu
To tylko pokazuje jak łatwo jest zignorować i nie docenić tego, co mamy pod własnym bokiem. Zamek Bąkowiec co prawda w dobrym stanie już nie jest, jest malutki i raczej nie jest otwarty dla zwiedzających, ale może warto, bym nie tylko ja poczuł się nagle oświecony jego istnieniem ;)
Pochodzi z XIVw i nie jest do końca jasne kto go zbudował. Pewne jest natomiast, że pełnił rolę raczej strażnicy na pograniczu Śląska i zmieniał często swych właścicieli, podobnie jak Ogrodzieniec. Ze względu na budowę i położenie, był właściwie nie do zdobycia przy użyciu średniowiecznych metod oblężniczych. Tym bardziej szkoda, że nie odegrał żadnej roli historycznej. Już od XVIIw zamek pozostawał w ruinie i mimo konserwacji w latach '60 pozostaje niezauważalną częścią kompleksu wypoczynkowego wioski.

Za to już bliżej Wrocławia wyskoczyć można na krótkie zwiedzanie do Oleśnicy i znajdującego się tam zamku. Na planie warowni z XIIIw (wciąż pozostała jedna z wież) powstała później bardzo nowoczesna fortyfikacja, siedziba Książąt Oleśnickich (Piastów). Okres świetności jednak należy do czasów, gdy jego właścicielami byli potomkowie króla czeskiego. Po wygaśnięciu ich rodu, zamek zmieniał właścicieli i był nawet rezydencją letnią Hohenzollernów do samego zakończenia wojny. Później pełnił funkcje społeczne. Odrestaurowano go w latach '70.
Dziedziniec zamku i otaczające go krużganki są na prawdę ładne. Chyba trochę szkoda, że to miejsce nie jest bardziej turystycznie eksponowane. Tereny zielone dookoła wyglądają super i część miejskich ceremonii i wydarzeń się tam odbywa. Ale miejsce ma potencjał na więcej :)
 

sobota, 30 lipca 2016

Barcelona feels like home

Lato w tym roku ucieka wyjątkowo szybko, a okoliczności pracowe sprawiły, że czas na prawdziwe wakacje ograniczył się zaledwie do jednego tygodnia. Cóż, trzeba "odpokutować" 3 miesiące podróżowania zimą ;)
Tydzień zatem wydawał się skromnym wypadem i należało go dobrze wykorzystać. Kaś zamarzyła sobie Barcelonę, która przecież zwykła była być moim domem, i którą znam wciąż wystarczająco, by być przewodnikiem. Jednocześnie taki "powrót do domu" wydawał się być mało wysiłkowy, bez konieczności wielkiego planowania. Ot znaleźć bilety, dach nad głową i jedziemy!
To pierwsze udało się dość spontanicznie na zaledwie tydzień przed wyjazdem. (W rzeczywistości historia była dłuższa przez problemy z dokumentami. Ale to może historia na osobny post.) Drugie okazało się spontanem jeszcze większym, bo znaleźć w środku sezonu rozsądny hostel to zadanie wręcz niewykonalne. Poszukiwania na Couchu również się nie powiodły, zeszło więc na AirBnb, gdzie jeszcze na dzień przed wyjazdem nie mieliśmy niczego. Dopiero wyjeżdżając wczesnym popołudniem do Poznania, dosłownie wychodząc z domu udało się coś zarezerwować.

Dlaczego Poznań? Rankiem dnia następnego stamtąd mieliśmy wylot, a przy okazji, była fantastyczna okazja do spotkania przyjaciół poznanych w Boliwii (nad Titicaca, z którymi pojechaliśmy do La Paz), wypicia wspólnie piwa i poznania ich planów na zbliżającą się podróż do Chin. Dzięki uprzejmości Magdy mieliśmy też nocleg i podwózkę na samo lotnisko z samego rana - DZIĘKUJEMY! :D
Nasze lokum okazało się być całkiem schludnym mieszkaniem z widokiem z balkonu na Sagradę Familię, od której byliśmy oddaleni o zaledwie jedną ulicę :) I mimo, że ogłoszenie na stronie było napisane dobrym angielskim, gospodarz na miejscu, z pochodzenia Venezuelczyk, nie mówił w tym języku niemal zupełnie. A gdy usłyszał z naszej strony dobrą wolę porozumienia po hiszpańsku, to można było o jego staraniach zapomnieć już całkowicie ;] Przynajmniej dla nas było to bardziej rozwojowe...

Z doświadczenia wiem, że na wystarczająco dobre zapoznanie się z dużym miastem wystarcza nawet dłuższy weekend. Rzym, Madryt, Mediolan, Wiedeń - przekładów jest bez liku. Czy tak samo jest z Barceloną? Absolutnie nie! Miasto jest tak interesujące i z tak wieloma atrakcjami, że i dwa tygodnie nie wystarczają, by rzeczywiście zobaczyć wszystko co najważniejsze. Trzeba się było jednak na jakiś program zdecydować, by ten czas wykorzystać, a jednocześnie mieć też chwilę wytchnienia dla wakacyjnej regeneracji. Biorąc powyższe pod uwagę, polecam poniższy plan na tygodniowe wakacje w stolicy Katalonii:

Dzień 1
W dzień przylotu warto nie mieć bardzo ambitnych planów, dłuższy spacer by zaznajomić się z miastem wystarczy. Zaczynamy na Pl. Catalunya, głównym placu miasta, gdzie zawsze dzieją się najważniejsze rzeczy dla miasta. Tutaj kibice FC Barcelona cieszą się ze zdobycia każdego trofeum i tutaj odbywają się protesty. Z placu wchodzimy w ulicę La Rambla, najbardziej turystyczną ulicę miasta. Pełną mimów, kwiaciarni i sklepów z pamiątkami. Można przy niej znaleźć obciachowe muzea, ale również kolorowy targ i tłumy ludzi. Po zmroku lepiej by mężczyźni znajdowali się tam w towarzystwie (swoich) kobiet, w przeciwieństwie nie opędzą się od prostytutek ;) Tą ulicą dochodzimy do portu i dalej plaży w dzielnicy Barceloneta. Plaża nie jest najpiękniejsza na świecie i zawsze bardzo zatłoczona, ale czego się spodziewać po tak dużym i popularnym mieście. Za to przynajmniej jest możliwość odpocząć chwilę, a w ostateczności nawet wejść do wody :) Na przeciwległym końcu plaży znajduje się zagłębie klubów, które warto odwiedzić nocą, najpierw bardziej ekskluzywne w osobnych budynkach i dalej w dokach mniejsze, z dużym wyborem muzycznym. Często na wejściu do każdego z nich możemy liczyć na darmowe chupito (shota) ;D a obok znajdziemy dużo restauracji, większość arabskich.
W drodze powrotnej warto nieco zmienić trasę i wejść w jedną z uliczek dzielnicy Bario Gotico (starego miasta), gdzie dojdziemy w końcu do centralnego punktu z Katedrą. Warto rozejrzeć się bardziej wokół Katedry, znajdziemy w małych uliczkach ukryte ogrody, ciekawą, starą architekturę i muzyczne występy na wysokim poziomie. (To tam pierwszy raz w życiu słyszałem hang!) Stamtąd łatwo już trafić z powrotem do Placa Catalunya. Wbrew pozorom taki spacer to już na prawdę kawał miasta i duży dystans, który potrafi zmęczyć :) Bez kilku przystanków na obiad i coś do picia ciężko go przebyć, tym bardziej, że nie warto się spieszyć. Chłońcie atmosferę i różnorodność miasta!

Dzień 2
Ten dzień polecam urządzić nieco mniej wymagającym fizycznie, ale wciąż pełnym wrażeń. Najsłynniejszy projekt Gaudiego, będący wciąż w budowie od ponad 100 lat, mający być ukończony w 2026 na setną rocznicę śmierci Gaudiego, czyli Sagrada Familia jest celem nr 1 w Barcelonie dla większości zwiedzających. Widać to niestety w ilości chętnych do zakupu biletów. Właściwie nie ma już możliwości szybkiego zakupu biletu pod zabytkiem, by wejść do niego od ręki. Dlatego najlepszym pomysłem jest wcześniejszy zakup przez internet. Można wtedy wybrać godzinę poranną, by ten dzień ułożyć wg tego planu, lub całkiem popołudniową, by ten plan odwrócić. Pewne jest natomiast, że warto zobaczyć z bliska cały proejkt i to, jak się rozwija. Mimo rosnących cen biletów uważam, że warto również pokusić się o bilet wraz z wejściem na jedną z wież, z których po pierwsze rozpościera się widok na całe miasto z najwyższego kościoła na świecie, a po drugie można z niej również podziwiać fasady i wykończenia samej Sagrady. Wszystko jest niezwykle dopracowane i bardzo współczesne, mimo, że projekt powstał w XIXw. Warto też obejść całą bazylikę kilkuktornie dookoła odkrywając za każdym razem coś nowego. A i same uliczki dookoła, zwłaszcza placa de la Sagrada z restauracjami i prowadząca do zabytkowego kompleksu szpitali są przyjemne na spacer.
Pozostałą część dnia można spędzić na luźnych spacerach wokół Arc de Triomf, który jest dość niedaleko (można dojść lub przejechać metrem, choć z przesiadką łącząc dwie linie). Szeroki deptak po jednej stronie łuku triumfalnego gromadzi często występujących muzyków, a prowadzi on do dużego parku, który zdecydowanie warto odwiedzić. Gęsta roślinność, monumentalne fontanny, jeziorko, ławki i mnóstwo lokalnych ludzi spędzających czas siedząc na trawnikach. Organizują tam spotkania ze znajomymi, urodziny swoim dzieciom, spacerują z psami, chodzą na slacku i grają na czym popadnie ;) Świetne miejsce tętniące życiem. W samym parku jest też kilka muzeów, np. Geologii i Zoologii, ale ich akurat specjalnie nie polecam.
Końcówkę dnia (lub sam jego początek jeśli bilet do Sagrady mamy na koniec dnia) spędzić można na miejskiej plaży. Mimo tłumów zawsze znajdzie się miejsce na nasz ręcznik, czy łatwo wypożyczony parasol. Dookoła chodzi też tłum Azjatów lub Afrykanów oferujących pełen serwis od wody kokosowej, przez piwo, po mojito i masaże lub selfie stick'i ;)
Dzień uzależniony jest od biletu do Sagrady, więc można go właściwie zamienić z dowolnym innym w ciągu tygodnia, w zależności od tego na kiedy uda się pozyskać bilety.

Dzień 3
Na pierwszy punkt tego dnia proponuję słynny Parc Guell. Warto pamiętać, że za wejście się płaci i w szczycie sezonu może się okazać, że nie kupimy biletu od ręki, a na wejście trzeba będzie poczekać kilka godzin (wejścia są limitowane). By ustrzec się przed rozwaleniem sobie planu warto bilety kupić wcześniej lub przez internet. Są one na konkretne, pół-godzinne okienka, więc należy być punktualnym, by na nie zdążyć. Park zdecydowanie jest jedną z ważniejszych atrakcji, ale znajduje się poza centrum miasta, dlatego warto podjechać metrem, np. do stacji Lesseps. Kontynuując dzień z Gaudim, po wizycie w parku proponuję udać się metrem na stację Diagonal, skąd mamy już blisko do dwóch najsłynniejszych kamienic jego autorstwa: Casa Mila (La Pedrera) i Casa Batllo. Do nich wejść powinno się już udać od ręki, choć niestety ceny wejściówek powalają. Są jednak tak zjawiskowe, że trzeba je zobaczyć przynajmniej z zewnątrz, warto też wejść do środka chociaż jednej z nich. Moim osobistym faworytem, ze względu na cudowny dach, jest La Pedrera. Ale z pewnością obie są wyjątkowe. Między Parkiem Guell, a kamienicami jest spory kawałek, dlatego doradzałem metro. Jednakże między nimi znajduje się dzielnica Gracia. Nie jest szerzej znana turystom, ale ja uwielbiałem tę część miasta będąc jego mieszkańcem. Tam można zobaczyć prawdziwe życie lokalnych ludzi, wąskie uliczki, i niespieszne życie na licznych placach z pubami, kafejkami i restauracjami. Jeśli więc dysponujemy czasem, siłami w nogach i chęcią eksploracji, zamiast metra proponuję zanurzyć się w tej dzielnicy, zjeść tam lunch, wypić kawę i pobłądzić odrobinę ;)
Jeżeli na koniec tego dnia zostanie nam jeszcze trochę czasu i sił, polecam przenieść się na wieczór w okolice portu i odnaleźć bazylikę Santa Maria del Mar. Sam kościół jest dość majestatyczny, ale najciekawsze są uliczki dookoła. W nich również warto nieco pobłądzić, by odnaleźć ciekawe sklepiki, puby na wieczór, oraz muzea np. Picassa czy prekolumbijskie. Uliczki są na prawdę przyjemne i tętniące życiem nawet do późnych godzin. Jeśli nawet nie tego dnia, to polecam wybrać się tam jednego z kolejnych.

Dzień 4
Ten dzień można rozpocząć leniwym plażowaniem i dopiero po obiedzie wyruszyć na kolejną część eksploracji miasta. Tym razem kierunkiem będzie Montjuic, czyli szczyt z warownią obronną, górujący nad południową częścią miasta. Warto dostać się tam za pomocą Teleferico, czyli kolejki linowej, dzięki czemu będziemy mogli jeszcze z lotu ptaka podziwiać panoramę miasta i idealnie geometrycznie ułożone budynki, ulice i całe dzielnice. Można już przy samym porcie załapać się na pierwszą część kolejki prowadzącą nad dużą częścią miasta do połowy wzgórza. Mimo to, taki przejazd jest dość drogi i można utknąć na długi czas w ogromnej kolejce, dlatego ja polecam raczej wybrać metro do pl. Espana, spacer w kierunku stadionu Olimpijskiego i dopiero stamtąd przejechać drugą, krótszą częścią kolejki już na sam szczyt. Bilet znacznie tańszy, a widoki wciąż świetne. Na szczycie wspomniana warownia, do której można wejść za kilka euro i podziwiać widok na portową rozładownię po jednej i całe miasto po drugiej stronie. Miejsce to pełniło kiedyś rolę więzienia. Później można spacerem wrócić na placa Espana, który liczne parki i dużo zieleni uprzyjemniają. Stadion Olimpijski często jest otwarty i za darmo można rzucić okiem na obiekt z jednej z trybun.
Na samym placu znajduje się ogromny budynek, w którym mieści się Narodowe Muzeum Sztuki Katalońskiej. Przed nim, u podnóża majestatycznych schodów jest duża okrągła fontanna (Font Magica), która po zmroku zamienia się w kolorowy spektakl muzyki i wody, a tłumy ludzi oblepiają schody i murki, by siedząc podziwiać przedstawienie. Dobrze więc wrócić tam po zmroku nawet, gdy byliśmy tam wcześniej.
W oczekiwaniu na zmrok można się jeszcze przejść na Poble Espanyol, plac nieopodal, gdzie można obejrzeć pokazy flamenco, wystawy malarskie i wyroby rękodzieła. Bardzo klimatyczne miejsce, które stało się artystyczną wizytówką miasta.

Dzień 5
Mimo licznych atrakcji w mieście, dobrze jest wyruszyć nieco poza i wybrać przynajmniej jedno z dwóch, górujących nad miastem miejsc. Monsserat to benedyktyńskie sanktuarium, drugie w Hiszpanii po Santiago de Compostella miejsce pielgrzymek, podobne do naszej Częstochowy. Podróż można rozpocząć metrem z pl. Espana, a następnie zrobić sobie górski treking lub wjechać kolejką (Funicular). Opactwo położone jest w przepięknych górach, po których również gorąco polecam się przejść po zwiedzeniu samych zabudowań. Widoki zupełnie inne od tych, do których przyzwyczaiły nas nasze góry. Mówi się, że ze szczytu, najwyższego miejsca na równinie katalońskiej, widać całą Katalonię, a jedna z licznych legend mówi, że to tutaj odnaleziono świętego Graala. To bardzo ważne miejsce dla Katalończyków ze względu na ich poczucie narodowości, to tutaj mogli zawsze liczyć na schronienie w czasach prześladowań. Muzeum może pochwalić się imponującymi zbiorami malarstwa.
Tibidabo, to drugi z proponowanych kierunków. Bliżej centrum i górujący nad całym miastem zapewnia też wspaniały widok na nie. Na szczycie znajduje się robiący wrażenie, strzelisty i dwupoziomowy kościół. W pobliżu znajduje się park rozrywki, z charakterystycznym kołem diabelskiego młyna, oraz wieża telekomunikacyjna i widokowa zarazem. Dotrzeć można na miejsce kolejkami (Funicular), pierwszymi tego typu w Katalonii, w drodze powrotnej fajnie jest zrobić sobie dłuższy spacer do przedmieść miasta, bądź pobliskich wiosek. Sam kościół (wygooglajcie sobie zdjęcia), ale i widoki z góry warte są tego, by wybrać się w to miejsce. Jeśli wybrać musicie między Monsserat, a Tibidabo przy ograniczonym czasie, to nie zazdroszczę wyboru ;)

Dzień 6
Czas ruszyć nieco dalej od Barcelony. Celem Figueres. Jest co prawda możliwość dotarcia tam komunikacją publiczną, jednak zdecydowanie lepiej na ten jeden dzień wypożyczyć samochód. Miasteczko leży 140km na północ od Barcelony, a warto się do niego wybrać ze względu na Salvadora Dali, który w Figueres się urodził i zmarł, a teraz jest tam jego duże muzeum wraz z teatrem - jedno z najbardziej osobliwych i najciekawszych, jakie w życiu widziałem. Nie jestem fanem takich miejsc, ale to zdecydowanie warto odwiedzić! Już sam budynek jest bardzo ekstrawagancki. Tuż obok głównego muzeum znajduje się drugie, mniejsze, w którym zobaczymy jedynie biżuterię zaprojektowaną i wykonaną przez Dali'ego (w dużej części mechaniczną). Fascynujące i futurystyczne rzeczy, bardzo przypadły mi do gustu.
Mając już do dyspozycji samochód warto rozejrzeć się po okolicy. Można np. udać się do Cadaques, nadmorskiego, pięknie położonego miasteczka rybackiego w pobliżu granicy z Francją. W miasteczku swój dom również posiadał Dali i ponoć można go odwiedzać. Ale bywały tam również inne słynne osobistości, jak Picasso, Joan Miro, czy Walt Disney. Polecam przede wszystkim jednak malownicze widoki małego, nadmorskiego miasteczka.
Opisany w tym punkcie dzień spędziłem kilka lat lemu, dlatego polecam wpleść go w swój plan. Tym razem jednak niestety nie udało nam się tego w ten sposób zorganizować (mając kłopoty z niewłaściwą kartą bankową do wynajęcia samochodu - być może jest to temat na poradę w innym poście ;) ). W ramach alternatywy wsiedliśmy w (jeden z wielu każdego dnia) pociąg na Estacio Sants w kierunku Tarragony. Tarragona to mniejsze, ale bogate w starożytne ruiny miasteczko. Istnieje od głębokiej starożytności i miało bardzo burzliwą historię przechodząc z rąk do rąk, między innymi Maurów, Wizygotów, Rzymian i Anglików. Głównie dzięki rzymskim ruinom i koloseum znajduje się na liście UNESCO. A ponieważ Tarragona jest miastem nadmorskim, wszystko położone jest z widokiem na wybrzeże w tle. Bliskość Barcelony (100km) sprawia, że mimo wszystko niewielu można tu spotkać turystów, nawet w szczycie sezonu. Dzięki temu można się cieszyć niemal pustą, a ładniejszą plażą. Na głównej ulicy miasta odnajdziemy pomnik ukazujący ludzi budujących ludzką wieżę podtrzymujących się nawzajem. Upamiętnia to konkurs, który odbywa się tam co 2 lata. Tradycja budowania takich wież, Castellls, to typowe katalońskie święto, które odbywa się na przełomie września i października.

Dzień 7
Ostatni dzień uzależniony jest od tego, czy już wtedy ma się lot powrotny i ewentualnie o której. Można spędzić dzień już zupełnie leniwie i na spokojnie, plażując lub spacerując, robiąc małe zakupy pamiątek. Można też zdecydować się jeszcze na pełne, intensywne zwiedzanie jeśli jest na to czas. Zostawiając sobie np. na ten dzień jedno z najważniejszych miejsc dla każdego Katalończyka - Camp Nou. Tak, stadion FC Barcelony, który jest nie tylko areną sportową, ale również miejscem patriotycznym, gdzie zawsze wyrażano swoją przynależność narodowościową i polityczną, nawet w czasach ucisku. Narodowe barwy Katalonii miksują się tam z barwami klubowymi tak mocno i na każdy sposób, że czasem trudno odróżnić je od siebie. Ludzie przychodzą tam nie tylko, by oglądać mecze, ale również by rozmawiać o polityce, by śpiewać hymny i pieśni patriotyczne, by poczuć niezależność od Hiszpanii oraz nierzadko - by ją pokonać. Jednocześnie obejrzeć można na murawie zawsze jednych z najlepszych piłkarzy świata na największym europejskim stadionie (i drugim na świecie po brazylijskiej Marakanie). Bardzo ciekawe dla kibica piłki i dobrze wyposażone jest również klubowe muzeum, a trasa zwiedzania prowadzi nas również do szatni, na trybuny, murawę, a nawet do klubowej kaplicy. Dla wielu zwiedzających ten punkt będzie pewnie jednym z głównych całego wyjazdu i pod wieloma względami trudno się temu dziwić. Mimo, że komercyjne, to jedno z najbardziej katalońskich miejsc w całej Katalonii...

Taki intensywny tydzień powinien zaspokoić regularnego zwiedzającego. Fanatykowi wystaw, galerii i muzeów z pewnością to nie wystarczy i będzie musiał spędzić dodatkowy tydzień w kolejkach do tych miejsc. ;] Również doradzam dodatkowy tydzień komuś, kto chce bardziej zapoznać się z Katalonią, z mniejszymi miasteczkami, pięknym wybrzeżem, Ebrem (możliwe spływy kajakowe) i lokalnymi winiarniami. Również okoliczne góry warte są eksploracji, no i samo miasto posiadające jeszcze wiele ciekawych zakamarków. Po prostu enjoy każdą chwilę w jednym z najbardziej soczystych turystycznie miast świata. :)