Belize

Nie wspomniałem jeszcze o języku oficjalnym Belize. Jest nim angielski. Jest kilka państw, głównie wyspiarskich, na Karaibach, że hiszpański schodzi na plan dalszy. Z jednej strony to była miła odmiana, z drugiej strony slang i akcent lokalnych Murzynów był czasem językiem zupełnie obcym.

Mottem wyspy jest „Go slow” i nam również się to udzieliło. Dni mijały powoli i jakąś aktywność zostawiliśmy sobie na koniec. Za około 70zł udało nam się w końcu znaleźć przyzwoite snorkelowanie na rafie barierowej, na które wypłynęliśmy łodzią na cały dzień. Przy pierwszym wejściu do wody widzieliśmy manaty, spokojne, duże, powolne zwierzęta. Spotkać je w naturalnym środowisku było niesamowite. Drugie wejście do wody było w miejscu, gdzie pełno było rekinów, ale zupełnie nie groźnego gatunku. Pozostałe miejsca już nie są warte wspomnienia, ale czas na łodzi, płynącej w drodze powrotnej na żaglu, mijane delfiny, owoce, posiłki i poncz uświetniły ten dzień doskonale :)

Wjeżdżając do Belize oddaliliśmy się od Polski
jeszcze o godzinę w stosunku do Meksyku. Różnica czasu wynosi 8h. Ich waluta, jak wspominałem, ma sztywny kurs do dolara, zatem zmienia się do złotówki tak jak dolar. Obecnie 1bz$ to około 1,80zł. Noc w hotelu dla 2 osób daje się znaleźć za ok 100zł (standard przesadny nie jest, choć jest nieźle na tle tych stron, Wi-Fi trochę słabe), obiad w restauracji 40-50zł/os, drink 25-30zł. Zatem dość „wczasowe” ceny, a nie backpackerskie. Jednak kilka dni w raju są tego warte...

Wyspa, a zwłaszcza miasteczko na niej są tak małe, że nieustannie spotykasz tych samych ludzi i zaczynasz ich poznawać. Para Amerykanów ze śniadania, dziewczyna z Nowej Zelandii, para muzyków z Irlandii, których poznaliśmy przyjeżdżając na miejsce, a teraz mijając się z nimi często bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Są w swojej narzeczeńskiej podróży, świetni ludzie, nie tylko dlatego, że częstowali nas kubańskim rumem. ;) Przypadkiem okazało się, że i my i oni przenieśliśmy się do tego samego hotelu.
I tak nadszedł 23.05, czyli już czwarta nasza
rocznica. Na północnym końcu wyspy, nad brzegiem znajduje się popularny bar, Lazy Lizard, i tam postanowiliśmy to wydarzenie delikatnie uczcić. Na wszelkich możliwych ścianach i słupach ludzie z całego świata podpisują się lub zostawiają swoje wiadomości. Poprosiliśmy więc o pisak i sami postanowiliśmy niczym nastolatkowie pozostawić przekaz dla potomnych. Zatem gdyby ktoś z Was tam zajrzał, niech go nie zdziwi wyznanie: „Kocham Kaśkę, ~Dawid” :P

Belize nie jest dużym krajem, ale nam, jako jego namiastka, będzie musiała wystarczyć jedynie Caye Caulker. Prosto stąd kierujemy się do Gwatemali. Czemu nic więcej? Po pierwsze ceny trochę rujnują sens przemieszczania się, morze karaibskie też nie będzie wyglądać inaczej (choć są jeszcze ciekawe ruiny, które są polecane).
Przede wszystkim sprawa rozbija się jednak o bezpieczeństwo. Na wysepkach jest jeszcze w miarę ok. Jednak większe miasta na lądzie są stanowczo odradzane do tego, by się po nich samodzielnie poruszać, lub w nich zatrzymywać na noc. I mówią to nawet sami lokalsi. Niestety te biedne kraje w tym regionie są skupiskiem gangów, przemytu narkotyków i broni, a dla każdego białego oznacza to dużą szansę stania się ofiarą napadu, rozboju, porwania, kradzieży, a nawet zabójstwa. Gwatemala (do której na chwilę zajrzymy), Salwador, Honduras, to miejsca do ominięcia szerokim łukiem, a ostatnio niestety słyszę, że Nikaragua podobnie.

Ale z rozwagą przekraczamy granicę z Gwatemalą. To głupie, ale wyjeżdżając z Belize płacimy podatek i to znacznie wyższy niż wjazdowy (20$/os). To denerwujące, ale tak rząd zarabia na turystach.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Meksyk, okolice Cancun

Sylwestrowe Lechaim!

La Habana – dezorientująca układanka rozsypujących się puzli