Domknięcie koła na Jukatanie

Palenque to nieduże miasteczko położone wewnątrz lądu i otoczone dżunglą. Można całkiem sporo aktywności zrobić właśnie tutaj.
Wybraliśmy to, co najważniejsze. Zaczęliśmy od ruin Majów, które niegdyś były ważnym ośrodkiem miejskim dawnego państwa. Nie są bardzo rozległe, ale dość urokliwe. 3h wystarcza by je komfortowo obejrzeć.
Resztę dnia poświęciliśmy wodospadom. Najpierw tylko na chwilę przy wysokim na 35m
wodospadzie Misol Ha. Robi wrażenie, zwłaszcza, że można podejść do niego blisko, przejść pod nim, a nawet się pod nim wykąpać. Następnie słynniejsze Agua Azul. Przypominają miniaturkę Iguazu, są bardziej płaskie, za to rozległe, można iść spory kawałek w górę rzeki, woda jest bajecznie błękitna, ma liczne spokojne zatoczki i niemal wszędzie można wejść do orzeźwiająco lodowatej
wody. Postanowiliśmy to zrobić w miejscu, gdzie było mniej ludzi, za to wodospad był wyższy, a nurt wody silny. Gdy udało się pokonać temperaturę i silny nurt, wodospad masował plecy, a upał dnia przestał doskwierać. Świetne miejsce na spędzenie trochę czasu.
Na inne rzeczy, np. treking w dżungli już nie
wystarczyło czasu. Miasteczko samo w sobie nie oferuje wiele. Za to przyroda nawet w pobliżu centrum robi wrażenie.

Stąd pojechaliśmy do Campeche. Miasto, które reklamuje się jako najbardziej kolorowe miasto Jukatanu, konkwistadorów i piratów, trochę rozczarowało. Centrum historyczne jest rzeczywiście ładne, kolorowe, kolonialne, otoczone oryginalnymi murami, choć trochę zaniedbane. Brakuje jednak
w nim życia. Lokalsi raczej nie mają potrzeby tam zaglądać, a i dla turystów brakuje magnesu. Zabrakło mi też jakiegoś atrakcyjnego portu, skoro już reklamują się jako miasto piratów. Z wybrzeża właściwie pożytku nie ma. Dobrą zatem podjęliśmy decyzję, by nie zostawać tu na noc, tylko od razu kierować się dalej...

Po kolejnych godzinach w autobusie wysiedliśmy w Meridzie. To największe miasto w jakim do tej pory tu byliśmy (800K mieszkańców). Sam główny plac z parkiem, katedrą i ratuszem prezentuje się bardzo fajnie. Reszta uliczek, poza małymi wyjątkami, jest nieciekawa i sprawia wręcz wrażenie podejrzanych (ale to chyba złudzenie). Niska zabudowa, zaniedbane budynki, jednakowe ulice. To miasto z jednej strony nie ma żadnych atrakcji w najbliższym otoczeniu, za to jest ulokowane w centrum Jukatanu, więc dla kogoś, kto ma mniej czasu może stanowić dobre miejsce wypadowe. Będąc pod wrażeniem cenotów przy Valladolid, chcieliśmy i tutaj odwiedzić kolejne. Udało nam się znaleźć małego tripa zawierającego trzy cenoty i hacjendę.
Pierwsza cenote (nie pamiętam nazwy) była całkowicie zamknięta, ciemna i nie mogła równać się z tym, co już widzieliśmy. Druga, Chelentún, jest w połowie otwarta i choć nam wciąż nie przypadła do gustu, to już niektórym mogłaby się
spodobać. Za to trzecia, X-Batún, w pełni otwarta, była fantastyczna! Z łatwym dostępem, otoczona świetną roślinnością, z pięknym kolorem przejrzystej wody i liliami wodnymi w jednym rogu. Z radością wykąpaliśmy się w orzeźwiającej wodzie.
Na koniec odwiedziliśmy jeszcze prawdziwą, tradycyjną, meksykańską hacjendę (San Pedro Ochil). Na pierwszy rzut oka trochę nadgryziona zębem czasu posiadłość i zaniedbana, ale widać rozmach i bogactwo jakie tu niegdyś było, a świadomość, że jakaś bogata,
hiszpańska rodzina osiedliła się tu, na nowej ziemi, dodawała wszystkiemu uroku. Mają własną cenotę w jaskini, przy której dobudowano fontannę i mini amfiteatr. Stare ściany z łukami niczym hinduskie, pracownie rzemiosła, stare maszyny oraz plantacja agawy, na której właśnie ścinano jej części (zapewne na tequilę). Chyba właśnie to jest prawdziwy Meksyk...

Z Meridy znów autobusem w drogę do Cancun, zamykając w ten sposób wielkie koło po całym Jukatanie (4 stany Meksyku + Belize i północna Gwatemala), które zajęło nam niemal 3 tygodnie. Zostały nam 3 dni na relaks przed kolejnym krajem i częścią podróży. Wiedząc, że w samym Cancun zostać nie warto, od razu wróciliśmy na Isla Mujeres, na której tak fantastycznie czuliśmy się na samym początku. I obyśmy rzeczywiście mogli się tym nacieszyć, bo po raz pierwszy w tej podróży psuje nam się pogoda i nadchodzą jakieś burze, których tu o tej porze roku być nie powinno, i ponoć nie było wcale od lat...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Meksyk, okolice Cancun

Sylwestrowe Lechaim!

La Habana – dezorientująca układanka rozsypujących się puzli