Gwatemala

Po przekroczeniu granicy z Gwatemalą skierowaliśmy się do Flores, małego miasteczka położonego na wyspie, na największym jeziorze w kraju. Dostęp do miasteczka możliwy jest jedynie przez jedyny most. Widać, że to turystyczne miejsce, ale z klimacikiem. Ceny w wielu miejscach dość przystępne, niemal w każdym lokalu bardzo dobre Wi-Fi i zaskakująco dobra jak na latynoskie standardy organizacja z turystycznymi atrakcjami. Ledwo dotarliśmy na miejsce, a mieliśmy już ogarnięty cały plan na pobyt tutaj. Spacerując po miasteczku, można je poznać w godzinę (kilkukrotnie). W oddali na jeziorze widać kolejne wysepki i cała laguna wygląda ładnie. Mamy akurat na to widok z
tarasu naszego pokoju. W centrum znajduje się kościół, który jest właśnie w remoncie. Okazało się, że proboszczem jest w nim ksiądz z Polski. Od 4lat mieszka tutaj, a od 12 w Gwatemali. Opowiadał, że wcześniej mieszkał na południu, bliżej granicy z Salwadorem. Każdej nocy strzelaniny, a każdego ranka po kilka trupów. Takie tutaj są realia...

Gwoździem programu jest Tikal, stolica dawnego państwa Majów, a dziś ruiny w środku dżungli. By pokazać tutejsze ceny; 1,5h drogi z Flores do Tikal zorganizowanym busem kosztuje 10$/os w obie strony. Wejście na teren parku i ruin to kolejne 75zł. Ich waluta, 1 Quetzal kosztuje w przybliżeniu 0,50zł.
Ruszyliśmy już o 4:30 rano, by zwiedzanie rozpocząć o 6. W środku Jukatanu znajduje się potężna dżungla, która pochłonęła Tikal, a teraz nieśmiało oddaje człowiekowi ruiny. Od samego wejścia na teren parku byliśmy tą potęgą zieleni i przyrody oczarowani. Przewodnik co krok pokazywał nam tukany, papugi oraz dzikie małpy, na które trzeba było uważać, gdyby zaczęły czymś rzucać. Żyje tam znacznie więcej niebezpiecznych zwierząt, choćby jaguary, czy pumy, ale stronią od ruin, gdzie dziennie pojawia się wielu zwiedzających. Wiele drapieżników jest też zwierzętami nocnymi. Ale świetnym przeżyciem było, gdy przy pierwszych ruinach przewodnik wywabił z jamy małą tarantulę i dał nam ją na ręce. Uczucie zupełnie inne niż by się wydawało.

Same ruiny też robiły fantastyczne wrażenie. Znacznie lepsze niż to, co widzieliśmy w Meksyku, zwłaszcza Chichen Itza wydaje się biedne. To Tikal zasługuje na miano cudu świata. Na niemal każdą piramidę można wejść, jeśli nie oryginalnymi schodami, to dobudowanymi drewnianymi i z góry podziwiać koronę drzew dżungli, z której w oddali przebijają się kolejne wierzchołki piramid. Ludzie żyli tam już przed Chrystusem, do roku 900 naszej ery. Populacja Majów liczyła 20-25milionow, a w samej stolicy mieszkało 250tyś. osób. Miasto było zatem ogromne z wielkimi, rozległymi placami, gdzie mogli się pomieścić wszyscy na różnych ceremoniach, i gdzie kwitło życie. Wierzenia Majów zawierały reinkarnację, a na niektórych płaskorzeźbach postacie przedstawiane są z gestami mudr, znanymi z medytacji wschodnich. Co ciekawe, bo Majowie nie powinni przecież mieć z Azjatami możliwości kontaktu ;) Wg przewodnika, ich wierzenia przetrwały w pewnej części i są ukryte w chrześcijaństwie współcześnie praktykowanym na tych terenach.

Dlaczego zatem ich największe miasto przestało istnieć na długo przed konkwistadorami? Ich jedynym źródłem wody była przede wszystkim deszczówka, którą gromadzili w sztucznych zbiornikach (znali cement i budowali baseny na wodę). Jednak gdy miasto się rozrastało, wycinali coraz większe połacie lasu deszczowego. Ich miasto zostało pozbawione zieleni, były jedynie budynki i drogi. Skoro las deszczowy przestał istnieć, przestało też padać. Lud żyjący z upraw rolniczych bez wody nie mógł dalej funkcjonować. Zatem ludzie wynieśli się i rozjechali po wielkiej przestrzeni nigdy więcej nie gromadząc się tak licznie. Niektórzy twierdzą, że Hiszpanie nigdy by nie podbili Majów, gdyby ci wciąż utrzymywali taką organizację bardziej scentralizowaną i mieszkali w dużych miastach.
Niemniej opuszczone miasto szybko zostało ponownie pochłonięte przez naturę. Dżungla rośnie szybko i nigdy nie jest stara. Wymiana drzew następuje co kilkadziesiąt lat, rosną bardzo szybko, ale ponieważ nie są dobrze ukorzenione, to w końcu któraś burza je przewraca. A one stają się dobrym nawozem dla nowego życia. Stąd całe Tikal znalazło się pod ziemią. Mimo, że teren zwiedzania jest na 16 km2, to jest to tylko mały wycinek miasta. Naukowcy wciąż dowiadują się o kolejnych ruinach pod ziemią na większej przestrzeni. Nie ma planów jednak odkopywania następnych zabudowań. Pod ziemią są chronione najlepiej przed niszczeniem i kradzieżami. Podsumowując, miejsce jest obłędne. Zwiedzanie trwa 5h, a widoki i historie od dobrego przewodnika to najlepsze co w tej podróży zaznaliśmy. Miejsce nie jest zalane przez turystów, a do tego bardzo rozległe.

Jeszcze odnośnie słynnego kalendarza Majów. On wcale się nie skończył w 2012roku. On się przekręcił i po prostu rozpoczął od początku. Jego wynalazcy byli niesamowitymi astronomami. Uwzględnili w nim nie tylko ilość dni w roku, dni równonocy i przesileń pór roku, ale również układ gwiazd w galaktyce. Długość trwania kalendarza, to dokładnie jeden cykl obrotu naszej galaktyki. A ich kalendarz rozpoczął się 3000 lat przed naszą erą. Czy to nie jest coś!?

Po powrocie, skoro tyle dnia jeszcze było przed
nami, udaliśmy się na treking po dżungli do Ixpanpajul. Są tam trasy do jazdy konnej, zjazdów na tyrolce, a my wybraliśmy 2h spacer po dżungli i wiszących mostach. Jak dla mnie, brakowało trochę zwierząt (jeden ostronos), ale może pora dnia nie ta. Za to roślinność i widoki z wiszących wysoko, 100m mostów fantastyczne. Zdarli z nas więcej niż za wejście do Tikal, ale byliśmy tam kompletnie sami i wróciliśmy tuż przed zachodem słońca. Jak ktoś ma czas i siły, to polecam.

Za nami 2 tydzień podróży i musimy trochę patrzeć w kalendarz, by wyrobić się z planem. Na szczęście zaoszczędzi nam sporo czasu nowe przejście graniczne między Gwatemalą, a Meksykiem. Dzięki temu nie musimy wracać tą samą drogą do Cancun, ani robić wielkiego koła przez zachód niebezpiecznej Gwatemali. Z Flores niemal w linii prostej można przejechać przez bardzo ładne góry do Palenque w Meksyku. Podróż trwa 8h, a nowe przejście jest jeszcze trochę nieogarnięte. Zeszło nam też na nim bardzo przez kłopoty naszego współpasażera.
Jechał z nami chłopak z Izraela, który miał również paszport amerykański i nagle zapragnął go użyć po raz pierwszy. Zaczęło się mnóstwo pytań dlaczego ma dwa paszporty, dlaczego nie zgadzają się dane i generalnie ich system twierdził, że paszport z USA jest nieprawdziwy! Historię dopełniał jeszcze brak pieczątki wyjazdowej z Kastaryki w paszporcie izraelskim i fakt, że delikwent nie rozumiał nawet słowa po hiszpańsku, a celnik nie mówił po angielsku. W ogniu pytań do pomocy włączyła się Kasia robiąc za tłumacza, inaczej stalibyśmy tam jeszcze długo. Wyjaśnić to wszystko nie było łatwo, zwłaszcza że gość mówił sprzeczne rzeczy i niezgodne z dokumentami. W końcu go przepuszczono, ale gdyby miał tylko paszport USA, to by nie przejechał, a gdyby nie pomoc tłumaczki, to chyba by go zamknęli do wyjaśnień ;)
Tak wróciliśmy do Meksyku, czując jakbyśmy trochę wrócili do domu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Meksyk, okolice Cancun

Sylwestrowe Lechaim!

La Habana – dezorientująca układanka rozsypujących się puzli