Tam, gdzie kury biegają wokół bananowców

Z wielkiej aglomeracji trafiliśmy na totalną wiochę, choć bardzo turystyczną – Viñales. Niesamowite, jak Kubańczycy z niczego, stworzyli mekkę turystyki. Są tam dwie główne ulice oblepione restauracjami i barami, oraz trochę mniejszych, gdzie mieszkają ludzie, a w każdym z ich prywatnych domów jest casa particulares z pokojami na wynajem.


Transport i kolejną casę ogarnęła nam właścicielka naszej casy z Hawany, więc trochę się martwiliśmy, że nie mamy na to wpływu. Okazuje się jednak, że każda casa tutaj jest trochę jak mini biuro podróży. Mimo, że sami nigdzie nie podróżują, nawet po własnym kraju, to mają siatkę kontaktów do innych miast i kierowców, i można mieć pewność, że standard zostanie zachowany (ceny +/- też). Skąd ta siatka? Stworzyli ją sami turyści dając opinie i kontakty do miejsc, w których już byli. Dojechaliśmy więc za 20cuc (inni w aucie płacili więcej, więc kierowca nas prosił o dyskrecję) i za taką też cenę mieliśmy bardzo ładny pokój z łazienką. Standard zaskakujący i lepszy niż w stolicy.


A co robić na wiosce? Oprócz cieszenia się spokojem i bardziej przyjemnego obcowania z ludźmi, popularnością cieszą się tutaj różne toury na koniach. (Są też trekingi, ale w upale konie wypadają atrakcyjniej.) Swój nawet przedłużyliśmy do 5h, bo jazda na wyjątkowo posłusznych i łatwych w obejściu koniach, w ładnych i nietypowych górach, od plantacji tytoniu, do plantacji kawy, trzciny, rumu, miodu i różnych punktów widokowych, był bardzo przyjemny. Każdy przystanek, to znów próba wyjęcia z portfela turysty ile się da, ale z każdym dniem stajemy się odporniejsi na ich łapczywość. To był świetnie spędzony czas, choć po 5h jazdy siedzenia bolą jeszcze przez kilka kolejnych dni. ;)

Ciekawostka - lepszej jakości cygara z najlepszych plantacji nie uzależniają, ponieważ niemal nie zawierają nikotyny. W liściach tytoniu nikotyna zgromadzona jest przede wszystkim w szypułkach, które są zwyczajnie odrywane przed zrolowaniem cygara. Nie dałoby się tak zawsze z tytoniem każdego rodzaju zrobić?


W okolicy są jeszcze jakieś historyczne malunki na skałach (w rzeczywistości kazał je zrobić Fidel i są okropne), są wodospady, możliwość wspinaczki w skałach, a w niedużej odległości osiągalna jest nawet plaża. Zatem można tu zostać na dłużej i się nie nudzić.


Mimo, że to mała wioska, wieczorne życie jest bardzo intensywne. To nie jest wysoki sezon i turystów jest zapewne znacznie mniej, niż w zimowe miesiące, ale w kilku miejscach gra na prawdę dobra muzyka na żywo, a w jednym są też pokazy tańca na świetnym poziomie. (Oczywiście wciąż każdy występ kończy się przejściem z tacą po napiwki.) Tańcząc choć trochę salsy można się świetnie bawić. A lokalsi są bardzo przyjaźni i właśnie tego każdy oczekuje po tym kraju. Widząc białych, którzy tańczą, chcą pogadać, zatańczyć wspólnie, dosiąść się, a nie rzadko i poczęstować własnym rumem. ;) Ci bardziej już na rauszu nie są pożądanym towarzystwem, ale pozostali są bardzo mili, a niektóre Europejki mogą oczywiście liczyć nawet na przyspieszony kurs salsy... ;) W końcu na prawdę dobra muzyka i żywe obcowanie z kulturą, na które czekaliśmy od początku.


Po zniechęceniu Havaną okroiliśmy trochę plany i zamiast do Cienfuegos skierowaliśmy się od razu do Trynidadu. Normalnie to nieduże miasteczko aż kipi turystami, ale poza sezonem jest bardzo znośnie. Ludzie znów trochę bardziej niemili, choć o niebo lepsi niż w stolicy. Nawet w informacji turystycznej otrzymaliśmy wszystkie informacje jakie chcieliśmy bez naciągania. Postanowiliśmy się jednak zrelaksować i na spokojnie pospacerować po tym kolorowym miasteczku. Bardzo kubańskim, a jednocześnie tak innym od Hawany. Znaleźliśmy nawet free walking tour, którego byliśmy jedynymi uczestnikami. Przewodnik mówił jednak trochę słabym angielskim, a na część pytań nie znał odpowiedzi, lub (jak odnieśliśmy wrażenie) zmyślał.

Wieczorami wszyscy gromadzą się w centrum, na schodach, gdzie znajduje się mała scena, trochę stolików i barów dookoła. Na scenie grają różne kapele, czasem występują z pokazami tancerze, a przed nią jest bardzo mała przestrzeń, gdzie tańczy publiczność. Trzeba przyznać, że najczęściej wymiatają, mimo, że to nie tylko Kubańczycy, ale również turyści (przypuszczam, że również instruktorzy). Drinki nie najtańsze, do tego coś trzeba zapłacić za możliwość wejścia na teren schodów(!), ale ostatecznie wieczorem jest to główne miejsce wydarzeń w tym mieście.

My trafiliśmy jeszcze do jednego baru, który miał jedynie zrujnowane ściany, wyglądające jak po pożarze, gdzie akurat odbywała się quinceanera. 15-te urodziny latynosek są legendarne, ale zobaczyć na żywo jak (dosłownie) małe dzieci bawią się pijane i obściskują się ze sobą jak filmowi studenci nad ranem było... szokujące. Obserwując to, czuliśmy się, jak wewnątrz nierealnego filmu.


W okolicy Trynidadu można też aktywniej spędzać czas. W pobliżu organizowane są również wycieczki do wodospadów (niektóre na zdjęciach wyglądają nieźle), do plantacji i można to również zrobić na koniach. Jeżdżą też turystyczne autobusy, które za 5cuc na dzień mogą Cię zabrać na plażę.


Chcieliśmy w tej podróży zażyć również najpiękniejszych, kubańskich plaż. Obraliśmy zatem kierunek na Cayos w północnym centrum Kuby. Są to wyspy, do których, w większości, można się dostać mostami. Ponieważ lokalsi nie mają tam wstępu i nie mogą się tam osiedlać, nie ma tam żadnych mieszkań do wynajęcia, a jedynie resorty. W sezonie trzeba zatem jechać do Morron, małego miasteczka i z niego brać taksówkę na cały dzień, która może sporo kosztować lub jechać turystycznym autobusem na plażę. Jest to jednak czasochłonne i kosztuje. Zatem poza sezonem lepszym pomysłem jest znaleźć w jednym z będących tam 4-5 gwiazdkowych resortów korzystną cenowo ofertę. Za podobne pieniądze, które normalnie w ciągu dnia trzeba wydać na nocleg, jedzenie, drinki, napiwki, dojazdy i inne bzdety, można mieć all inclusive, na miejscu i o nic się nie martwić. :)

Tak więc zrobiliśmy i po kilku godzinach jazdy colectivo dotarliśmy do Cayo Gullermo i znalezionego na booking.com hotelu. Co ciekawe, booking na Kubie działa w trybie przeglądania ofert, ale nie można zrobić żadnej rezerwacji (czy to w hotelu na Kubie, czy poza granicami!), jest to zablokowane. Dostaliśmy dobrą cenę i domek na samej plaży! :D Resorty mają swoje wady i zalety. Ale na Kubie świat resortów jest zupełnie inny niż gdziekolwiek na świecie. Fajnie mieć do dyspozycji wielką plażę, na prawdę piękną, z darmowymi kajakami, katamaranami, a w sezonie możliwość kursu Kite Surfingu. Do tego w cenie normalnego, dziennego utrzymania się turysty w tym kraju. Ale jednak na żywo nie jest to standard, który ogląda się w prospektach, o fatalnej obsłudze już nie wspominając. Te 4-5 gwiazdek być może powinny obowiązywać 20-30 lat temu, ale od tego czasu nie zostało tam zainwestowane nawet jedno peso (może czasem coś jest tylko odmalowane), więc o luksusach raczej nie ma mowy. Poza tym... pracują tam jednak Kubańczycy, a więc ich podejście do pracy i turysty jest najczęściej dokładnie takie samo jak wszystkich pozostałych mieszkańców tego kraju. Jeżeli nie będziesz dawać dodatkowo sowitych napiwków, to zapomnij o właściwej obsłudze. Wtedy nawet dostarczenie Ci kawy do śniadania, czy czystych sztućców do obiadu będzie stanowiło dla nich "wielką trudność".

Cóż, taki świat. I choć do tego w resorcie drinki są smakowo najgorsze jakie w ogóle próbowałem na całej wyspie, to staramy się cieszyć czasem spędzanym tutaj. Fantastyczna plaża i woda rekompensują wszystko, a do tego nie trzeba się odganiać od natarczywych tubylców. Kilka leniwych dni przed powrotem do Europy bardzo nam się przyda... I tylko szkoda, że mało ciekawa fauna gdy się snorkeluje.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Meksyk, okolice Cancun

Sylwestrowe Lechaim!

La Habana – dezorientująca układanka rozsypujących się puzli