Posty

Wyświetlam posty z etykietą Karaiby

Dominikana

Obraz
O Dominikanie będzie wyjątkowo krótko. Po bardzo stacjonarnym tygodniu w COVID-owych czasach, pozostaje jedynie wrzucić kilka fotek i ewentualnie garść przydatnych spostrzeżeń... Są na wyspie dwa główne centra turystyczne, na które latają turyści: Punta Cana (w teorii baza hotelowa na wyższym poziomie) oraz Puerto Plata (w teorii wybrzeże z ładniejszymi plażami). Obie lokalizacje dość mocno oddalone od stolicy Santo Domingo i od siebie na wzajem. Ceny taksówek są z góry określone i nawet na lotniskach można znaleźć oficjalne tabele z cenami na dany kierunek. Gdy już dogadasz się z jakimś kierowcą na "dłuższą współpracę", możesz liczyć na kilka dolarów niższe ceny, ale za duże targowanie nie wchodzi w grę. Poza stolicą nie licz na Ubera. On istnieje, ale kończy się na tym, że w appce kierowca Ci pisze, że anuluje przejazd i interesuje go tylko "efectivo" (gotówka). W ten sposób i tak jest taniej niż w oficjalnych taksówkach, ale mniej pewnie, trudniej kogoś znaleźć i...

Kuba - zakończenie

Obraz
Po kilku dniach byczenia się na plaży (no chyba, że przemieszczanie się na rowerze w upale między plażami wokół wyspy to ciężka praca ;) dużo intensywniej już nie było. Z Cayo Guillermo wyjeżdżaliśmy tak na prawdę z ochotą, było to kolejne rozczarowujące miejsce na Kubie. Ok, miejsce piękne i szybko zatęsknimy za tym spokojem na pewno. Jednak użeranie się z kelnerami, by zostać w ludzki sposób obsłużonymi podczas posiłków, bardzo przeciętne jedzenie i drinki, zaniżony standard oraz hordy rosyjskich turystów (głównie samych matek z dziećmi) pozostawiły pewien niesmak. Odpoczęliśmy tam, ale wyczekiwaliśmy też powrotu. Na naszej drodze mieliśmy jeszcze jeden przystanek, miejsce wylotu do Europy - Varadero. Dotarliśmy tam colectivo wraz z parą z Argentyny, która zatrzymała się w innym hotelu na Cayo, a spostrzeżenia i zawód były u nich doświadczeniem jeszcze silniejszym niż u nas. Varadero jest dość specyficznym miasteczkiem. Na długim, podobnym do Helu, półwyspie rozlokowane są hote...

Tam, gdzie kury biegają wokół bananowców

Obraz
Z wielkiej aglomeracji trafiliśmy na totalną wiochę, choć bardzo turystyczną – Viñales. Niesamowite, jak Kubańczycy z niczego, stworzyli mekkę turystyki. Są tam dwie główne ulice oblepione restauracjami i barami, oraz trochę mniejszych, gdzie mieszkają ludzie, a w każdym z ich prywatnych domów jest casa particulares z pokojami na wynajem. Transport i kolejną casę ogarnęła nam właścicielka naszej casy z Hawany, więc trochę się martwiliśmy, że nie mamy na to wpływu. Okazuje się jednak, że każda casa tutaj jest trochę jak mini biuro podróży. Mimo, że sami nigdzie nie podróżują, nawet po własnym kraju, to mają siatkę kontaktów do innych miast i kierowców, i można mieć pewność, że standard zostanie zachowany (ceny +/- też). Skąd ta siatka? Stworzyli ją sami turyści dając opinie i kontakty do miejsc, w których już byli. Dojechaliśmy więc za 20cuc (inni w aucie płacili więcej, więc kierowca nas prosił o dyskrecję) i za taką też cenę mieliśmy bardzo ładny pokój z łazienką. Standard zaskakuj...

La Habana – dezorientująca układanka rozsypujących się puzli

Obraz
Zawitaliśmy na Kubę, jeden z najbardziej wymarzonych kierunków dla wielu. Wielu też naszych znajomych było tu już wcześniej i byli zachwyceni. Nic więc dziwnego, że oczekiwania mieliśmy spore. I cóż mogę powiedzieć... Od samego początku wszystko sprawiało fatalne wrażenie. Kobieta w informacji turystycznej(!) na lotnisku chciała pieniędzy za mapę, zamiast powiedzieć nam gdzie są taksówki sama chciała nam ją zamówić (zapewne mając prowizję), po pytaniu o kantor walutowy skierowała nas do maszyn i skłamała, że pesos meksykańskie możemy wymienić tylko w mieście. Później okazało się, że oprócz maszyn, zaraz za wyjściem jest zwyczajny kantor, gdzie wymieniają po dobrym kursie kilka różnych walut, w tym pesos. (Jeden z przykładów, że tu wszystko stoi na głowie – najlepszy kurs jest na lotnisku, w mieście już będzie gorszy.) Wymieniając pieniądze w maszynie (przyjmuje dolary amerykańskie, kanadyjskie i euro), a są tylko dwie, kobieta pilnująca je, wydziera się na Ciebie i Cię popędza... Ok,...

Meksyk

Obraz
Kilka ostatnich dni zatem spędziliśmy na Isla Mujeres. Nie mogło być lepszego momentu w podróży na gorszą pogodę, choć i tak był czas na plażing i lepsze poznanie wyspy. A wszystko było łatwiejsze dzięki skuterowi, który dostaliśmy gratis do wynajmowanego mieszkania. Prowadziłem taki pojazd pierwszy raz w życiu i trzeba być bardzo uważnym, by nie zginąć pierwszego dnia. Ale frajda i wygoda z własnego transportu są fantastyczne. Odwiedziliśmy schronisko dla żółwi, klify na południu wyspy i zjechaliśmy wyspę w każdym kierunku... Super czas, który tylko utwierdził nas w tym, jak dobrze można czuć się w tym kraju. Zaprzyjaźniony barman z pierwszej wizyty, właściciel mieszkania i każdy lokals starał się nam umilić czas. Nawet awaria promu, którym wracaliśmy do Cancun tylko nas rozbawiła. Czas przed odlotem podsumować Meksyk. Opinie o Meksykanach i samym kraju są raczej złe, że jest niebezpiecznie i trzeba bardzo uważać na ludzi. Byliśmy przygotowani na różne scenariusze. Pewnie w ...

Gwatemala

Obraz
Po przekroczeniu granicy z Gwatemalą skierowaliśmy się do Flores, małego miasteczka położonego na wyspie, na największym jeziorze w kraju. Dostęp do miasteczka możliwy jest jedynie przez jedyny most. Widać, że to turystyczne miejsce, ale z klimacikiem. Ceny w wielu miejscach dość przystępne, niemal w każdym lokalu bardzo dobre Wi-Fi i zaskakująco dobra jak na latynoskie standardy organizacja z turystycznymi atrakcjami. Ledwo dotarliśmy na miejsce, a mieliśmy już ogarnięty cały plan na pobyt tutaj. Spacerując po miasteczku, można je poznać w godzinę (kilkukrotnie). W oddali na jeziorze widać kolejne wysepki i cała laguna wygląda ładnie. Mamy akurat na to widok z tarasu naszego pokoju. W centrum znajduje się kościół, który jest właśnie w remoncie. Okazało się, że proboszczem jest w nim ksiądz z Polski. Od 4lat mieszka tutaj, a od 12 w Gwatemali. Opowiadał, że wcześniej mieszkał na południu, bliżej granicy z Salwadorem. Każdej nocy strzelaniny, a każdego ranka po kilka trupów. Takie t...

Belize

Obraz
Nie wspomniałem jeszcze o języku oficjalnym Belize. Jest nim angielski. Jest kilka państw, głównie wyspiarskich, na Karaibach, że hiszpański schodzi na plan dalszy. Z jednej strony to była miła odmiana, z drugiej strony slang i akcent lokalnych Murzynów był czasem językiem zupełnie obcym. Mottem wyspy jest „Go slow” i nam również się to udzieliło. Dni mijały powoli i jakąś aktywność zostawiliśmy sobie na koniec. Za około 70zł udało nam się w końcu znaleźć przyzwoite snorkelowanie na rafie barierowej, na które wypłynęliśmy łodzią na cały dzień. Przy pierwszym wejściu do wody widzieliśmy manaty, spokojne, duże, powolne zwierzęta. Spotkać je w naturalnym środowisku było niesamowite. Drugie wejście do wody było w miejscu, gdzie pełno było rekinów, ale zupełnie nie groźnego gatunku. Pozostałe miejsca już nie są warte wspomnienia, ale czas na łodzi, płynącej w drodze powrotnej na żaglu, mijane delfiny, owoce, posiłki i poncz uświetniły ten dzień doskonale :) Wjeżdżając do Belize oddal...

Droga do Belize

Obraz
W Tulum, w hostelu poznaliśmy pewnego Kanadyjczyka, który bardzo dużo podróżuje, a niemal każdą zimę od lat spędza w Meksyku. Dał nam kilka rad, zwłaszcza by zamiast autobusów używać colectivo, czyli 15-osobowych busów, które kursują na stosunkowo krótkich dystansach, ale można je łączyć, odjeżdżają często i są znacznie tańsze. Udaliśmy się jeszcze do Akumal, małej zatoczki, gdzie przypływa mnóstwo żółwi by się posilić. Niestety nie jest to miejsce ze swobodnym dostępem. Trzeba zapłacić za wstęp (20zl), a pływanie w wyznaczonych przez boje miejscach może się odbyć jedynie w asyście przewodnika, w kamizelce ratunkowej i oczywiście za niemałą opłatą (ok. 100zł). Zostaliśmy właściwie okłamani, że to jedyny sposób, by te żółwie zobaczyć. Później okazało się, że w innych miejscach niż wyznaczone można wchodzić do wody samodzielnie i żółwie tam też się pojawiają. Niemniej jest ich tyle i tak wielkie okazy, że warto to zrobić tak, czy inaczej... Następnie ruszyliśmy w kierunku Belize,...

Meksyk, okolice Cancun

Obraz
Oto jesteśmy, w końcu w Meksyku! Od pierwszej chwili czujemy, że to będzie bardzo udana podróż. Meksykanie są niesamowicie mili i pomocni. Zastanawiamy się wciąż kiedy się to skończy, czy to tylko na lotnisku? tylko w tym hostelu? tylko w tym mieście? Ale póki co nie kończy się wcale i oby tak do samego końca. Podobnie jak z bezpieczeństwem, bo na razie czujemy się zupełnie niezagrożeni. Wylądowaliśmy w Cancun. To jedno z większych miast, rozbudowane po to, by stworzyć kompleks podobny do słynnego Acapulco, tyle, że po karaibskiej stronie.  Największą atrakcją tutaj jest kolorowy napis CANCUN, do którego są kolejki turystów, i oczywiście plaże z lazurową wodą (Kaś wreszcie uwierzyła, że taka woda istnieje nie tylko na Malediwach). Wzdłuż bezkresnych plaż ciągną się mniej lub bardziej ekskluzywne hotele i resorty. Plaż jeszcze będzie w tej podróży wiele, więc po 2 dniach ruszyliśmy dalej. Promem popłynęliśmy na Isla Mujeres, gdzie oprócz korzystania z jednych z najpiękniej...