Perspektywa po powrocie

Zatem wróciliśmy. Bez większych przygód tym razem, za to długim i nudnym lotem do Madrytu, starym jak świat samolotem Iberii. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że jeszcze takie samoloty mogą być używane na tak dużych dystansach. Następnie lot do Mediolanu, gdzie spędziliśmy sobie Walentynki na zakończenie całego tripu i następnego dnia Polska. Trzeba by chyba podsumować...


Ale na początek może jeszcze kilka spostrzeżeń o życiu i podróżowaniu na tym kontynencie jako całości.
Wyraźnie brakuje tam Ryanaira, czy innego Wizzaira, co prowadzi do tego, że czasem można taniej polecieć do Europy niż z np. z Argentyny do Peru, czy Ekwadoru. Sytuacja dla mnie trochę niezrozumiała, za to tłumaczy ona przyczynę dlaczego rozwinęły się tam tak dobrze wszelkie linie autobusowe. A potrafią być na prawdę luksusowe i wygodne, i nie zawsze drogie. Czasem na pokładzie autobusu mamy do dyspozycji stewardessę, darmowe przekąski i napoje. Na większe posiłki raczej autobusy zatrzymują się na postojach, gdzie często można zjeść jedzenie na wagę, lub gotowe zestawy. Siatka połączeń jest gęsta, nawet na dalekich dystansach i rozkład godzinowy często też oferuje kilka opcji. Różne firmy jeżdżą na tych samych trasach, można więc czasem wybrać taki standard i za taką cenę, jakie odpowiadają nam bardziej.
Czasowo oczywiście autobusy przegrywają z lotami. Ale jeżeli ta druga opcja nie jest rozważana ze względu na cenę, można się zdecydować np. na podróż w nocy. Oszczędzamy w ten sposób czas i zwracają nam się częściowo koszty, które ponosilibyśmy za nocleg. Nie każdy autobus ma wystarczający standard, by dobrze się wyspać, czasem jest też dość zimno, ale i tak jest to dobra opcja, z której korzystaliśmy wielokrotnie przez te trzy miesiące.

Skoro jesteśmy już przy noclegach, pojawia się pytanie gdzie szukać. W dużych miastach dobrze szukać z lekkim wyprzedzeniem na Couchsurfingu. Nie ma się co obawiać, że to obcy ludzie, których nie znamy. Najczęściej, to również podróżnicy, którzy tak jak my, korzystali, lub chcieli by kiedyś skorzystać z dobrodziejstw Coucha. Często mówią również po angielsku, chcą nam pokazać swoje miasto od atakcyjnej strony i służą radą gdzie warto iść, a jakich okolic lepiej unikać ze względu na bezpieczeństwo. W ogóle, będąc z lokalsami jesteśmy bezpieczniejsi, można bez większych obaw poznać z nimi życie nocne, a nie rzadko ciekawe i mało turystyczne miejsca. Można też więcej dowiedzieć się o życiu lokalnych ludzi, ich zwyczajach, sytuacji, no i oczywiście... mamy nocleg za free :) Tak na prawdę nie zawsze jest to rzeczywiście oszczędność, bo w dobrym tonie jest zabrać ze sobą na posiłek bądź napitek swego gospodarza. Zdecydowanie jednak jest to najlepszy sposób na szukanie noclegu w dużych miastach. Nasi Couche zabierali nas nawet do swych rodzin, co czyniło doświadczenie jeszcze głębszym. Pamiętać należy, że w pewnych kulminacyjnych momentach, jak karnawał, wakacje, czy np. Olimpiada ;) chętnych na Coucha jest tak wielu, że lokalsi są nimi zmęczeni i odmawiają wtedy przyjmowania. I trudno im się dziwić, gdy chętni wchodzą im drzwiami i oknami - prywatność jednak trzeba starać się szanować.
Gdy nam się ta opcja nie udawała, w niektórych krajach (Urugwaj, Brazylia) robiliśmy dzień wcześniej rezerwację na booking.com. Porównanie ofert i sprawdzenie na mapie gdzie są dane hostele jest na prawdę wygodne. Nie zawsze udostępnienie informacji o swojej karcie kredytowej jest w pełni bezpieczne z tego co słyszeliśmy. Ale złych przygód nie doświadczyliśmy. W innych krajach szukaliśmy po hostelach poleconych w przewodniku LonleyPlanet. Jako, że ostatnie jego wydanie jest już sprzed kilku lat, nie zawsze informacje były aktualne. Często też te hostele wybiły się na tym przewodniku i zdecydowanie cenią się już wyżej niż rekomenduje się je w książce. Ale jest to jakiś trop. Ostatecznie, w mniejszych miastach zawsze można wyjść z autobusu i zdać się na naganiaczy, którzy chętnie zaprowadzą Cię do swego, lub "swego kuzyna" miejsca. Oczywiście później okazuje się, że mają tylko jakąś prowizję od przyprowadzonego turysty. Ale do niczego to nie zobowiązuje. Trzeba się targować o cenę, czasem pokazać im dlaczego będzie im się opłacało zejść z ceny (zostaniemy dłużej, sprowadzimy znajomych, łóżko nie będzie stało puste), a czasem po prostu wyjść, by niemal biegli za Tobą. ;) Trzeba jednak przyznać, że noclegi zwłaszcza w Peru i Boliwii w ten sposób mieliśmy za zupełne grosze.

Porównując już ceny, poza noclegami ceny są zaskakująco wysokie. W najlepszym wypadku takie jak w Polsce, jednak jeśli chodzi o żywność, kosmetyki, czy chemię wiele artykułów musi zostać sprowadzona co sprawia, że ceny są wyższe niż u nas. Jedynie Brazylia może się tutaj trochę odróżniać dzięki temu, że jest dużym krajem, w którym lokuje się wiele fabryk światowych koncernów, a jednocześnie przeżywają od kilku lat kryzys gospodarczy i wartość ich waluty pikuje w dół. Nie inaczej jest z ceną ubrań. Niezależnie jak obciachowe ciuchy i na jak zapyziałym targowisku, ceny z powodzeniem mogłyby być pobite przez polskie sieciówki. Innym, świetnym przykładem były plecaki Quechua. Malutkie, proste plecaki, które w dowolnym Decathlonie kosztowały w zeszłym roku kilkanaście złotych (do 20), w Ameryce Południowej z jakiegoś powodu kosztują 200zł(!) :D Poważnie zastanawiam się nad hurtowym eksportem tych plecaków tam, obawiam się tylko, że słabo schodzą :P Podsumowując, byliśmy bardzo negatywnie zaskoczeni cenami na tym kontynencie. Okazuje się, że znaleźć tańszy od Polski kraj jest całkiem niezłym wyzwaniem, któremu sprostać mają szansę chyba jedynie niektóre regiony Afryki i Azji. Trochę lepiej na tym tle wypadają atrakcje turystyczne. Oczywiście te najsłynniejsze dorównują światowym standardom, na niektórych spoczywa duża presja zarobienia na turystach (Nasca Lineas, Amazonia, Patagonia), jednak nie brakuje również takich, które prezentują się bardzo rozsądnie.

Poza największymi miastami Brazylii i Buenos Aires wszędzie spotyka się pełno psów, czasem chadzających całymi watahami. Różne informacje i ostrzeżenia daje się znaleźć na ten temat w przewodnikach i nie jest to w żaden sposób przesadzone. I choć oczywiście ostrożności nigdy za wiele, to trzeba przyznać, że najczęściej są to bardzo przyjacielsko nastawione zwierzęta, które nakarmione przez Ciebie będą Ci towarzyszyć w wędrówce na Machu Picchu, zatańczą z Tobą na przedmieściach La Paz, czy po prostu rozbrajająco będą się łasić nie wywołując ani przez chwilę wrażenia, że mogą być niebezpieczne. Prędzej w Europie podchodziłbym z dystansem do psa (nawet posiadającego właściciela, a może zwłaszcza takiego), niż do takiego błąkającego się w Ameryce Południowej. Jakby zupełnie inna rasa psa.
Inne dobrze nam znane zwierzęta z naszych domów - komary, nie są już tak milutkie. Na dużych wysokościach ich prawie nie ma, więc w wielu miejscach nie stanowią problemu. Jednak na nizinach żyją inne gatunki komara, niż znamy w Europie. Te Amerykańskie są szybsze, bardziej krwiożercze i nie zawsze reagują na repelenty, których używamy. W dżungli jest ich tyle, że właściwie jedyną ochroną może być plastikowa peleryna przeciwdeszczowa oraz moskitiera na łóżko na noc. W innych miejscach, jak miasta, bywa z nimi różnie. Czasem jest ich więcej, czasem mniej, ale stanowią ten sam problem. Zagrożenie malarią może nie jest duże, zwłaszcza poza Amazonią. Jednak o Zice pewnie słyszał już każdy. Najgorsze, że my usłyszeliśmy o tym dopiero wyjeżdżając z Brazylii, więc trochę za późno na profilaktykę. Nie należy jednak tego lekceważyć.

Wracając do tematu jedzenia, trzeba przyznać, że nie trudno było nam wrócić z tej podróży o kilka kg lżejszymi i nie tylko dzięki spędzeniu długiego czasu na dużych wysokościach. Ci, którzy nie są wielkimi fanami wołowiny muszą zdać się na rzeczy takie jak zupy z proszku, mniej lub bardziej fatalne pizze i tym podobne. Tylko w niektórych miejscach zdarzało się spotkać coś bardziej jadalnego i zawsze była to ogromnie przyjemna niespodzianka :) Przykrym tematem niestety są śniadania. Są często wliczone w cenę hostelu, ale trzeba przyznać, że równie dobrze można by z tego zrezygnować z dużą korzyścią finansową... Na takie śniadanie składają się dwie kromki okropnego chleba tostowego lub malutkie, słodkie bułeczki, do tego odrobina margaryny i słodki, sztuczny dżem. Czasem do tego odrobina dulce de leche. W każdym razie wszystko zlewa się w jedną, mdło słodką i zbyt małą porcję, której często nawet nie ma się chęci tknąć. Ulgą było, jeśli dodatkiem były owoce. Całość dopełnia czarna herbata - zawsze z cynamonem i goździkami. To ostatnie nie było takie złe, ale o co chodzi, że niemal jedynie taką herbatę mają dostępną?
Oczywiście ten komentarz o jedzeniu nie dotyczy Brazylii. Tam bufety na wagę ratują całą sytuację wspaniale.

Jeśli chodzi o komunikację ze światem, to mimo XXIw wciąż w wielu miejscach Internet jest problemem. Niemal każdy hostel twierdzi, że oczywiście Internet jest. Ale najczęściej działa przepotwornie wolno, a i zdarza się, że nie ma go wcale. W kafejkach internetowych wcale nie jest lepiej. Często za dość wygórowaną cenę otrzymujemy transfer, który ledwie pozwala sprawdzić maila i kilka stron, a co dopiero by uploadować zdjęcia z podróży, by bezpiecznie je zachować.
Cóż, o ile Internet jest technologią, która wciąż jeszcze rozwija swój zasięg, o tyle wydawałoby się, że telefony zagościły wszędzie już dawno. I niby się zgadza, rzadko zdarzało się, by zasięgu nie było wcale. Ale co ciekawe, z jakiegoś powodu z wielu krajów nie było możliwe, by wykonać połączenie do Polski. Dlaczego? - Nie wiem. To nie była kwestia roamingu, bo ten używaliśmy już w wielu krajach. Czy nasz operator na któreś kraje nie ma umowy? Może... Fakt jest taki, że z Peru, Boliwii, Chile i Argentyny zadzwonić do Polski było niemożliwością. W Paragwaju i Urugwaju nawet nie próbowaliśmy. Wyjątkiem w tej kwestii, jak w wielu, okazała się Brazylia. Pozostało dzwonienie ze Skype'a, ale jak się to udawało i jaka była jakość połączeń, można sobie wyobrazić czytając jeszcze raz akapit o dostępności Internetu ;)

Za to by kontaktować się lokalnie z kimkolwiek, niezależnie czy to osoba prywatna, czy firma, hotel, infolinia czy cokolwiek - najlepiej było korzystając z WhatsApp'a. Popularność tej aplikacji jest tam nieprawdopodobna i pojawiła się znacznie wcześniej niż u nas. Zastąpiła zupełnie tradycyjne SMSy, a i telefonować próbuje się najpierw w ten sposób.

Karty kredytowe. Wspaniałą możliwością w Peru było wypłacanie z bankomatów dolarów. Pozwalało to na korzystniejsze przewalutowanie. Niestety szybko z tego luksusu wyleczyła nas Boliwia. Gdzie nie działał dla nas niemal żaden bankomat, a jeżeli już i teoretycznie oferował dolary, to ich nigdy w maszynie nie było. Podstawowym problemem było jednak znalezienie jakiegokolwiek, który wypłacał nawet lokalną walutę. W Argentynie również wiele banków nie honorowało naszej karty. Jedynie wybrane banki. W Brazylii co prawda honorują europejskie karty tylko 3 banki, ale za to największe, więc właściwie większość bankomatów dla nas działała. Nigdzie jednak poza Peru już nie dało się wypłacić dolarów. W pozostałych krajach problemów nie było na szczęście. Natomiast co do płatności bezpośrednio kartą, należy raczej z tego rezygnować w Peru i Boliwii - często po płatności, rozliczenie na koncie okazuje się wyższe, niż być powinno i było na rachunku. Nie da się z tym później zupełnie nic zrobić.


A jak podsumować samo podróżowanie? Jak zwykle po takiej podróży człowiek wraca odmieniony i tym razem nie było inaczej. Jestem po powrocie, przynajmniej przez jakiś czas, choć wierzę, że już stale, produktem procesu podróży. Doświadczeniem, które żywo wpisało się już w osobowość. Z pewnością na wielu płaszczyznach tak jest i widać to najlepiej na zestawieniu wcześniejszych planów i oczekiwań z obecnymi.
Podróżowanie to zatem proces, czy cel? Dla mnie to chyba jednak proces, który ma swoje przełożenie na swój produkt, czyli mnie. I to właśnie jest celem, a nie sama podróż, czy jej destynacja. Takie to oto górnolotne wnioski się pojawiły :)

A na bardziej przyziemnym poziomie, okazuje się, nie po raz pierwszy, że Wrocław to jednak najlepsze miejsce na świecie do życia i jednak tutaj zdecydowanie chcemy zakotwiczyć nasze obuwie. To zdecydowanie, tak silne, jest w nas jednak po raz pierwszy. Zmęczyliśmy się tą podróżą, ale tak pozytywnie. Długość tej podróży była idealna, nie pozwoliła na przesycenie się, a równocześnie dotarliśmy do jakiś naszych granic. Teraz czas odpocząć, choć z pewnością nie jest to nasza ostatnia podróż. Ale kolejne będą pewnie raczej krótsze. Wiemy teraz bardziej czego chcemy i jakimi środkami do tego dążyć. A czy to życie teraz będzie poważniejszym (w reszcie)? Cóż... ;) i tak i NIE! ;D
Do zobaczenia w drodze, wcale nie w tak odległej przyszłości... ;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Meksyk, okolice Cancun

Sylwestrowe Lechaim!

La Habana – dezorientująca układanka rozsypujących się puzli